Marzenia – temat wydawałoby się bardzo przyjemny, a mi od kilku dni zaprząta myśli. Gdyby chodziło o samo marzenie jako takie. Ale ja zastanawiam się, czy marzenia są nam potrzebne, żebyśmy mogli uznać, że nasze życie jest spełnione. Ciągle przeciągam linę z TAK na NIE. To znajduję argumenty na tak, a za chwilę przychodzi mi do głowy myśl, no ale… Jak wydawało mi się, że już wiem, że już mam pogląd na ten temat, to za momencik zmieniałam zdanie. Postanowiłam więc zebrać to w słowa z nadzieją, że wówczas znajdę jakąś odpowiedź.
Zaczęłam od definicji. I tak „Słownik języka polskiego” Wydawnictwa PWN tak definiuje marzenia : „powstający w wyobraźni ciąg obrazów i myśli odzwierciedlających pragnienia, często nierealne; przedmiot pragnień i dążeń”.
Z kolei pragnienie, które jest nieodzowną częścią marzenia definiowane jest jako „gorąca chęć, życzenie sobie czegoś”.
Jak Wam podoba się definicja marzenia, szczególnie ta część o jego małej realności? To po co nam marzenia, jak już definicja zakłada, że w dużej części są nierealne?
Ale na razie się tym nie przejmujmy. Pomyślimy o tym później.
Znamy podstawy, to teraz podejdźmy do tego chronologicznie.
Jak byłam dużo młodsza, to moje marzenia, wiadomo jak u większości młodych, wiązało się ze znalezieniem fantastycznego męża, ze ślubem w pięknej sukni, z małym domkiem, z przynajmniej dwójką dzieci, z psem, z kotem i z pasjonującą pracą nauczycielki matematyki. Generalnie z rodziną i sielankowym życiem.
Z tych wymienionych marzeń większość się spełniła. Nie było co prawda wymarzonej od dziecka pracy, ale była własna firma. Nie było sielankowego, spokojnego życia, ale było ciągłe ściganie się z czasem, ciągłe, jak my to nazywaliśmy, gaszenie pożarów. Natomiast do pewnego momentu była nadzieja, że już kolejny miesiąc będzie inny, że będzie lepiej, będzie spokojniej. Że faktycznie piątek, tak jak sobie zakładaliśmy, będzie dla nas dniem wolnym od pracy. Będziemy mogli wówczas nacieszyć się domem, spędzić więcej czasu z dziećmi. Po prostu zwolnić. Później już była tylko myśl o krótszym ostatnim dniu pracy, a na koniec, żeby chociaż nie trzeba było pracować w sobotę czy niedzielę. Fajnie, prawda?
Czego w tym momencie pragnęłam najbardziej – stabilizacji, spokoju.
Ktoś by powiedział, co to są za marzenia? A jeśli nawet są to marzenia, to chyba nie za bardzo były Twoje, bo gdybyś naprawdę czegoś pragnęła, to doprowadziłabyś do ich realizacji.
Tak, łatwo powiedzieć z perspektyw człowieka świadomego, kogoś, kto już wie, co w życiu jest najważniejsze i co dla niego samego jest dobre, do czego warto dążyć. Ale prawda jest taka, że większość młodych dorosłych jeszcze tego wszystkiego nie wie. I brnie w to nie najlepsze życie, z którego później nie jest łatwo się wyplątać. Wydaje im się, że właśnie to, co będą posiadać zapewni im spełnienie marzeń. Nie wiedzą, czego tak naprawdę w życiu chcą, nie znają siebie. Ale po pierwsze, kiedy mają poznać siebie, jak nie mają na to czasu. A po drugie, musiałby im ktoś powiedzieć, że dopóki nie znajdą własnych wartości, własnych pryncypiów, to w zasadzie o realizacji swoich, zaznaczam swoich, a nie czyichś, marzeń nie mają co marzyć.
A jak to wyglądało dalej u mnie? Wyglądało to tak, że jak słyszałam, że wokół mnie mówi się o spełnianiu swoich marzeń, to ciarki przechodziły mi po plecach. Bo uświadomiłam sobie, że ja marzeń już nie miałam. A wiadomo, jak nie miałam marzeń, to do głowy nieraz przychodziła mi myśl, że nie tak miało być…
Byłam już po czterdziestce, gdy zrozumiałam, że muszę zadbać o swoje życie. Że mam je jedno i że jak to mówią niektórzy, życie nie jest próbą generalną. Jest premierą i na tym koniec. Powtórki nie będzie. I albo będziemy bili sobie brawo na koniec albo nie. Zależy to tylko i wyłącznie od nas.
Wzięłam się za uporządkowanie swojego życia. Czytałam wiele książek, artykułów, oglądałam wiele rozmów, wykładów na tema spełnionego życia. Sporo wówczas do mnie dotarło. Sporo zrozumiałam. Kropką nad i okazała się kurs „Lepsze życie” prowadzony przez Iwonkę Majewską-Opiełkę, według jej autorskiego programu – logodydaktyki. I zgadnijcie, od czego zaczął się kurs? Od odpowiedzi na pytania dotyczące nas samych i od stworzenia SWOJEGO wymarzonego dnia. Oj, trzeba było wejść głęboko w siebie, żeby sprostać tym zadaniom. A każdy kolejny etap kursu doprowadzał do tego, że wchodziliśmy w siebie jeszcze głębiej. Powiem krótko – warto było.
Teraz mogę przejść do wniosków jakie wysnułam podczas moich wewnętrznych dyskusji.
Po pierwsze – każdy ma inne marzenia, a co jest ważne, w zależności od wieku, marzenia przechodzą z jednej kategorii na inną. Według mnie z bardziej materialnych, czy dotyczących pierwszych pomysłów na życie, w kierunku marzeń, które pozwolą nadać temu życiu jakość i sens.
Po drugie – teraz już wiem, że będąc wplątaną w nie najlepsze sytuacje, miałam jednak marzenie, jedno, głęboko we mnie tkwiące – chciałam, żeby moje życie było uporządkowane, pełne harmonii, zgodne z moimi wartościami, żeby było takie, jakiego ja sama pragnę.
Po trzecie – jak zrealizowałam, a w zasadzie ciągle realizuję „po drugie”, to otworzyła mi się nowa przestrzeń na marzenia, które już nie są ściśle związane z ogarnianiem swojego życia, a bardziej z nadawaniem mu sensu. Tak, teraz już mogę sobie na to pozwolić. Wszystko ma swoją kolejność.
Po czwarte – czy marzenia są nierealne? Czasami tak. I według mnie warto przeanalizować, czy na przykład jest realne, że polecę na księżyc na wczasy, czy nie. Bo jeśli wiem, że w zasadzie szans na to nie mam, to lepiej wyrzucić to marzenie ze swojego serca czy z głowy i dać przestrzeń dla marzeń, które mają większą szansę na realizację, które po prostu nie są mrzonkami.
Po piąte – które w zasadzie łączy się też z czwartym – co pewien czas zróbmy porządek ze swoimi marzeniami. Zapytajmy się serca, czy to marzenie jest nadal moim marzeniem, a może jest już po jego dacie ważności. Może koszty, jakie musielibyśmy ponieść, żeby je zrealizować są zbyt wysokie. A może tylko nam się wydawało, że to marzenie jest nasze, a ono było wynikiem presji społecznej. I wówczas, po takich porządkach, tak jak w „po czwarte”, otwiera się przestrzeń na nowe.
A jakie mam zdanie na temat braku marzeń i spełnionego życia? Otóż pozytywne podejście do życia, czego intensywnie uczę się od jakiegoś czasu, zakłada szukania w każdym naszym doświadczeniu dobrych stron. Popatrzmy więc na nasze życie, przeanalizujmy je dokładnie i zadajmy sobie pytanie, czy naprawdę nie mamy żadnych marzeń? Nawet takich malusieńkich, nawet takich głęboko skrywanych, albo takich, których ktoś inny w ogóle nie nazwie marzeniami? I nie ważne jest to, czy marzymy o cieplutkiej kołdrze, super samochodzie, czy po prostu o ułożeniu sobie życia. To są nasze marzenia i najpierw musimy sobie uświadomić, że one istnieją, później zacznijmy odważniej o nich myśleć, a potem krok po kroczku je realizować. Życie wówczas nabierze barw, a co najważniejsze nabierze sensu.
A jeśli jednak nic nie możemy znaleźć, to nikomu nic do tego. To my, a nie kto inny ma decydować o tym, jak nasze życie ma wyglądać, co ma się w nim być a czego nie. Najważniejsze, że my jesteśmy szczęśliwi, czujemy się spełnieni i niech po prostu tak będzie.
Życzę Wam i sobie, żebyśmy spełniali marzenia, nasze marzenia.
PS. Autorką przepięknego obrazu pod tytułem „Marianna Spokojna” jest Pani Aleksandra Makowska.