Tak. Mogę otwarcie i z pełnym przekonaniem powiedzieć, że jestem motylem.
A oto moje wspomnienia o tym, jak stałam się motylem.
Motyl, symbol rozwoju, symbol dążenia do doskonałości. Z niezbyt urodziwej gąsienicy, staje się zachwycającym owadem, mogącym cieszyć się możliwością latania dzięki swoim przepięknym skrzydłom. Co najważniejsze, cieszy się z tego nie tylko on, ale daje radość też innym, którzy go obserwują.
Może ja też byłam motylem, tylko moje skrzydła nie do końca się rozwinęły, nie były tak okazałe, nie miały takich wspaniałych barw i nie pozwalały mi latać. Możliwe, że spowodowało to moje podejście do życia, ale pewnie też okoliczności, w których się znalazłam.
Od pewnego czasu nie byłam zbyt zadowolona ze swojego życia. Próbowałam coś zmienić sama, ale nie za bardzo mi to wychodziło. Coraz częściej pojawiało się w mojej głowie pytanie : „Czy tak już będzie zawsze? Czy nic się nie zmieni?”.
Moje główne wyzwanie stanowiła praca, która zaprzątała mi cały czas myśli. Nie mogłam się od tego uwolnić. Nie potrafiłam się zresetować. Nie potrafiłam tak zadbać o swoje życie, żeby życie zawodowe nie przysłaniało mi życia prywatnego. Miałam wrażenie, że moje życie, tak naprawdę nie jest moje, że jest całkowicie sterowane przez innych, przez ich potrzeby. Przecież tak nie mogło być! Jak można czuć się szczęśliwym, gdy całą sobą czujemy, że nie mamy kontroli nad własnym życiem.
Wtedy na mojej drodze pojawiła się Iwonka Majewska-Opiełka, która opowiadała o szczęściu. Były jej książki, był blog, były nagrania znalezione w internecie, póżniej był też facebook. Fascynowało mnie to, co mówiła i z jakim robiła to przekonaniem. Uświadamiała, że każdy ma wpływ na własne życie, że to głównie od nas zależy, czy nasze życie będzie szczęśliwe, czy też nie, czy będzie miało sens czy nie. Mówiła o samorozwoju. Mówiła o pozytywnym myśleniu. Mówiła o sobie, jak sama zmieniła swoje życie. A co najważniejsze, mówiła z wielką wiarą, że to, co ona proponuje, jest naprawdę dobre.
To wszystko dawało do myślenia. Ale wiecie, jak człowiek jest w nie najlepszym nastroju, i to od dłuższego czasu, to za bardzo nie wierzy w to, że też może, że da radę zmienić swoje życie.
Iwonka wyjechała do Kanady. Po pewnym czasie ogłosiła na facebooku, że organizuje roczny kurs online, który ma pomóc w poukładaniu swojego życia. Zainteresowałam się nim, ale obawiałam się podjąć decyzji. Zresztą w tamtym czasie, podejmowanie decyzji nie było moją mocną stroną. Obawiałam się, że ten kurs nic mi nie da. Że wydam pieniądze, zobowiążę się do czegoś, a najprawdopodobniej nie będę zadowolona. Tak, takie myślenie dominowało wówczas w mojej głowie. Zrezygnowałam.
Minął kolejny rok. Ja dalej próbowałam dojść do czegoś sama, ale nadal nie było widać takich efektów, jakie chciałam zobaczyć, jakie chciałam poczuć.
Aż przyszedł rok 2020. Mnie nadal fascynowało to, co robi Iwonka, co przekazuje innym. Byłam z tym wszystkim na bieżąco. W pewnym momencie, Iwonka ogłosiła nabór na kolejną edycję kursu „Lepsze życie”. A ja co? Mimo fascynacji, dalej obawiałam się podjęcia decyzji. Ostatecznie, można powiedzieć, to mój mąż popchnął mnie w kierunku lepszego życia. Powiedział mi, „Cały czas czytasz, oglądasz, opowiadasz o tym wszystkim, mówisz o tym kursie i JAK ZWYKLE nie możesz się zdecydować. Podejmij decyzję. Zapisz się i będzie z głowy.” Tego potrzebowałam. Potrzebowałam, żeby ktoś mną potrząsnął. Zapisałam się na kurs. I całe szczęście, bo jakiś czas później okazało się, że będzie to ostatnia edycja kursu.
Uwierzcie mi. Ta decyzja, była bardzo dobrą decyzją. Najlepszą, jaką mogłam podjąć w tamtym czasie. Najlepsze, co mogłam wówczas zrobić dla siebie. I chyba nic nie dzieje się bez przyczyny. Miałam uczestniczyć w kursie nie wcześniej nie później, tylko teraz. Teraz byłam gotowa.
Byłam bardzo podekscytowana, ale i pełna obaw. Wiecie – spotkanie z psychologiem, opowiedzenie o sobie, omówienie tego, co nas uwiera, co chcielibyśmy zmienić, gdy tak naprawdę jeszcze nie wiemy, jakich zmian potrzebujemy. To wszystko, w tamtym okresie, było dla mnie nie lada wyzwaniem. Ale najważniejsze, że się odważyłam, zrobiłam pierwszy krok. Naprawdę chciałam zmienić swoje życie na lepsze, a nie tylko marzyć o tej zmianie.
I co? I nadszedł dzień pierwszego spotkania, na którym poopowiadałam Iwonce o sobie. A ona mnie wysłuchała, zadała kilak pytań i stwierdziła „Pani Asiu. Pani nie ma problemów. Pani po prostu chce lepiej żyć”. I tyle. Żadnego głaskania, mówienia „Jaka Pani biedna”, „Jak Pani ciężko”. Tylko bardzo prosta diagnoza „Pani po prostu chce lepiej żyć”.
To było niesamowite. Ktoś, kto się zna na rzeczy, ktoś, kto wie, co mówi, powiedział mi, że w zasadzie, to jest dobrze, że nie mam się czym przejmować. A jak popracuję ze sobą, to będzie jeszcze lepiej.
Wiecie jaka to jest ulga!!! Dowiedzieć się od kogoś, kto patrzy na nas z boku, że to co zrobiliśmy i to co cały czas robimy jest naprawdę dobre. Że trzeba być z tego dumnym. Docenić to, co się ma. Że w zasadzie, to świetnie sobie w tym życiu poradziliśmy. Jest oczywiście kilka elementów, które trzeba dopracować, ale podstawy są naprawdę solidne.
Kurs miał nam pomóc poznać siebie, poznać, to co w życiu jest naprawdę ważne, na co trzeba zwracać szczególną uwagę. Miał nas wzmocnić, ukierunkować na nas samych, na nasze potrzeby, a tym samym podnieść poziom naszego poczucia własnej wartości. Mieliśmy przyswoić sobie odpowiednie nawyki, żeby skutecznie działać, a tym samym poprawiać jakość swojego życia. Mieliśmy odkryć nasze talenty, uświadomić sobie , w czym jesteśmy dobrzy. Mieliśmy nauczyć się pozytywnie myśleć i mówić o nas samych, ale i o tym wszystkim, co się dzieje wokół nas. Nauczenie się pozytywnego nastawienia do siebie i świata, miało dać nam poczucie szczęścia.
Założeniem kursu było, że jeżeli my będziemy szczęśliwi, to wszystko wokół nas będzie dobre, piękne, wspaniałe. Będzie chciało nam się żyć i realizować nasze marzenia.
Piszę, czego kurs miał nas nauczyć, co uzmysłowić. I ja, niedowiarek sprzed roku, zaświadczam, że na mnie to wszystko podziałało. Oczywiście, cały czas jeszcze pracuję ze sobą, cały czas się uczę, cały czas ćwiczę. Ale najważniejsze, że odkryłam swoją drogę i mogę nią świadomie podążać, doskonaląc stawianie każdego ze swoich kroków.
A jakbym miała wymienić, co osiągnęłam, to proszę, wymieniam:
– nie narzekam,
– myślę i mówię pozytywnie o sobie, innych i otaczającym mnie świecie,
– zmieniłam swój stosunek do pracy i moich klientów,
– zmieniłam nastawienie do ludzi,
– zrozumiałam, że każdy ma prawo do własnych wyborów, do własnego podejścia do życia,
– nie krytykuję innych,
– uświadomiłam sobie, że mam talenty, ale też kolejne odkryłam,
– poznałam swoje wartości i pryncypia,
– nauczyłam się tworzyć cele, a najważniejsze, wiem, jak je skutecznie osiągać,
– doskonalę się w proaktywnym mówieniu i działaniu,
– uczę się świadomie sterować swoją podświadomością,
– znam zasady zarządzania sobą w czasie, wiem już, jakie to jest ważne w moim życiu i cały czas się w tym doskonalę,
– wiem, jak mam pokierować swoim rozwojem osobistym, żeby moim drogowskazem była miłość i żeby moje postępowanie doprowadziło mnie do rozwoju duchowego,
– stworzyłam swoją pierwszą misję życiową i postępuję zgodnie z tym, co w niej umieściłam; jestem z niej dumna, bo zawarłam w niej wszystko to, co jest dla mnie naprawdę ważne i wyrażam w niej to, jak chciałabym żyć.
Mogłabym tak wymieniać i wymieniać bez końca. Ale podsumuję to jednym zdaniem. Zdaniem, którym Iwonka Majewska Opiełka zapraszała do wzięcia udziału w kursie. Iwonka napisała :
„Dzieją się cuda!”
I faktycznie, cuda się zadziały!
Ja to wiem i czuję. Jest mi teraz po prostu dobrze, a wiem, że będzie mi jeszcze lepiej. Bo o to chodzi Pani Asiu, Pani po prostu chce lepiej żyć!