Myślę, że wielu z nas ma takie miejsca na Ziemi, gdzie bardzo lubi wracać, gdzie się bardzo dobrze czuje. Takie miejsca czasami są w naszej okolicy, a czasami na przysłowiowym końcu świata. Myślę też, że te miejsca mogą się zmieniać, bo przecież my się zmieniamy.
Ja mam trzy takie miejsca. Są to okolice mojego domu rodzinnego. Jest też Kotlina Kłodzka, a w niej szczególnie ulubione Wzgórza Włodzickie. Jest też Stary Kraków.
Dwa pierwsze, to pola, łąki, lasy, jeziora, góry. A Kraków? Skąd ten Kraków? Z miłości do antyków, zabytków, historii i klimatu dawnych czasów.
Do Krakowa jeździmy systematycznie od kilku lat. Są to wyjazdy albo spowodowane tęsknotą za tym miejscem, albo są lekarstwem na nasze nie najlepsze samopoczucie. Ktoś może powiedzieć, że wyjazd nic na takie sytuacje nie pomoże, że to ucieczka. Ale ja czasami takiej ucieczki potrzebuję, takiego złapania dystansu, wyrównania oddechu.
W Krakowie zawsze śpimy w tym samym miejscu, niedaleko Kościoła Mariackiego, dlatego też przyjeżdżając tutaj, czujemy się, jakbyśmy wrócili do domu. Uśmiech nam z twarzy nie schodzi.
Mamy też stałe punkty programu naszej wycieczki. Są to oczywiście obwarzanki, jest śniadanie na Starym Kazimierzu u Kolanki, jest poranny spacer plantami i bulwarami, są wizyty w kilku ulubionych księgarniach, jest sztuka teatralna lub koncert.
I właśnie o tym ostatnim chciałam napisać, bo była to dla nas niesamowita niespodzianka.
Przed każdym naszym wyjazdem, szukamy jakiejś fajnego przedstawienia w którymś z wielu teatrów w Krakowie lub koncertu w Piwnicy Pod Baranami. Tym razem był to teatr, bo wydawało nam się, że koncertów nie ma. Jakie było nasze zdziwienie, gdy przechodząc obok Piwnicy Pod Baranami zauważyliśmy, że jest występ Doroty Miśkiewicz, wokalistki jazzowej. Pełni nadziei, że może jazz nie jest taki popularny, a w ogóle to pandemia, poszliśmy dowiedzieć się, czy są jeszcze bilety. Pani na nas dziwnie spojrzała i z uśmiechem powiedziała „Wyprzedały się kilka tygodni temu”. No i co, z tak zwanym nosem na kwintę, poszliśmy dalej. Ale przyszedł wieczór, my tradycyjnie, poszliśmy do Piwnicy Pod Baranami. Była godzina przed koncertem. Mój mąż, z pięknym uśmiechem, zapytał Pani przy barze, czy może ktoś jednak zrezygnował z koncertu, bo jak coś, to my jesteśmy zainteresowani. Pani, o dziwo, odpowiedziała „Proszę zaczekać, aż przyjdzie organizator i jego zapytać”. Więc cierpliwie czekaliśmy na organizatora, któremu, gdy tylko przyszedł, zadaliśmy to samo pytanie i usłyszeliśmy (hurra!!!) „Proszę jeszcze poczekać, zobaczymy co będzie”. Więc my dalej, z nadzieją, czekaliśmy, aż, to niesamowite, ale naprawdę się doczekaliśmy!!!
I tak oto mieliśmy okazję uczestniczyć we wspaniałym koncercie Doroty Miśkiewicz i Marka Napiórkowskiego. Przeżycie niesamowite! Jaki kunszt, jaki głos, jaka muzyka! I co jeszcze – rewelacyjny kontakt z publicznością.
Dlaczego o tym opowiadam, oprócz oczywiście chęci podzielenia się moją radością?
Piszę o tym, bo zaraz, jak dostaliśmy się na koncert, to sobie pomyślałam, że jak się czegoś bardzo pragnie, to naprawdę warto się o to postarać. Nie należy sobie odpuszczać, wychodząc z założenia, że pewnie i tak się nie uda. Trzeba być cierpliwym, próbować, mieć w sobie trochę pokory i przyjaznego nastawienia do ludzi. I oczywiście, trzeba nasze pragnienia wysłać do Wszechświata, żeby Gdzieś, Ktoś nam życzliwy, pomógł nam je spełnić.
Powiem szczerze, że jak tak czekaliśmy na „nasze bilety”, to byłam jakaś spokojna, że pewnie nam się uda. A jeśli nawet nie, to trudno, zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, żeby to nasze pragnienie zrealizować.
Utwór „Lubię być szczęśliwa” w wykonaniu Jerzego Wasowskiego (tak, tak) i Doroty Miśkiewicz, który oddaje moje uczucia:
https://www.youtube.com/watch?v=JChBjbPjLTY
A poniżej, kilka zdjęć z naszego pobytu w Krakowie.













Ilekroć mamy właśnie takie spokojne uczucie pewności,, czekając na coś, w kierunku czego wykonaliśmy odpowiednie kroki, tak się właśnie dzieje. Masz tak z Krakowem Joasiu jak ja Z Sopotem. Również przyjeżdżałam zawsze do tego samego hoteliku, a nawet pokoju. 🙂 Również miałam swoje rzeczy, do „zaliczenia”, między innymi wschód słońca na plaży. Sprawiłaś, ze zatęskniłam za Sopotem, a nawet za Krakowem, choć nie jest to moje ulubione miejsce na ziemi. Dziękuję.
Iwonko, a wiesz co jest najfajniejsze, że to, że byłam w dużym stopniu przekonana, że się uda, uświadomiłam sobie, jak się faktycznie udało. Czyli spokój wypłynął sam z siebie, nie musiałam tych emocji kontrolować. W czasie oczekiwania na bilety, zadałam sobie tylko pytanie – a dlaczego ma się nie udać? Cudowne uczucie. Kraków, Sopot – fajnie mieć takie miejsca, do których tęsknimy, gdzie dobrze się czujemy, które pozwalają nam oderwać się od codziennych, znanych nam zajęć. Może jeszcze odwiedzisz Sopot?
Bardzo ladnie opisana mila przygoda, cudnym I pozytywnym jezykiem
Dziękuję. Tak, ta przygoda na pewno zostanie w mojej pamięci. Oprócz wielkiej przyjemności uczestniczenia w koncercie, uświadomiła mi też, że naprawdę, jeśli tylko możemy, to warto zabiegać o nasze pragnienia, nasze marzenia.