Wymarzone wakacje

Jest upalny, lipcowy dzień. Siedzimy w cieniu drzewa, nad brzegiem jeziora. Leniwie przyglądamy się temu, co dzieje się wokół nas. 

Nagle, przed nami przebiega około sześcioletnia dziewczynka i z daleka woła do mamy: Mamusiu, jak ja się świetnie bawię!
Mama nakremowała ją środkiem do opalania i dziewczynka pobiegła dalej świetnie się bawić.

Po pewnej chwili przed naszym kocem przebiega około czteroletni chłopiec i woła: Chciałem się utopić, mamo i tato!
Fajnie, prawda? Okazało się, że przezorni rodzice uczyli go, jak ma się zachowywać, gdyby faktycznie zdarzyła się niebezpieczna sytuacja i chłopiec po prostu sobie ćwiczył. Jakich sztuczek musieli użyć rodzice, żeby synka przekonać, że czas wracać do domu. Też widać świetnie się bawił.

Te sytuacje wywołały wspomnienia o moich wakacjach, gdy byłam małą dziewczynką.

Pamiętam, że w zasadzie nie wyjeżdżaliśmy na wakacje. Czasami jechaliśmy do rodziny w okolice Trójmiasta, ale częściej, to ta rodzina przyjeżdżała do nas.

Mama z tatą zawsze mieli cały miesiąc urlopu (tak, tak, kiedyś tak było, że jak urlop, to miesiąc) i to było najwspanialsze, że byli z nami cały dzień w domu. 

Często jechaliśmy nad pobliskie jezioro. Przygotowania do wyjazdu stanowiły dla mamy nie lada wyzwanie. W końcu było nas troje, a pewnie wiecie, że dzieci nad wodą mają przeogromne apetyty. Nieraz wybierali się z nami znajomi rodziców, których dzieci były mniej więcej w naszym wieku. Pamiętam taką sytuację. Mieliśmy samochód marki Warszawa model Garbus (według mojego nazewnictwa). Warszawa była bardzo dużym samochodem, o jasno liliowym, pudrowym, kolorze z bordową tapicerką w środku. I pewnego dnia, z racji, że część naszej ekipy nie miała jak dostać się nad jezioro, wszyscy zapakowaliśmy się (dosłownie zapakowaliśmy się), do tej naszej warszawy. Żebyście widzieli, jak ludzie przyglądali się nam, jak my z tego samochodu wysiadaliśmy. Pasażer jeden, pasażer dwa, pasażer trzy… nie powiem, na jakim numerze się skończyło, żeby nie siać zgorszenia. Ale zabawa zawsze była przednia.

Pamiętam też, jak przychodziła do nas Pani Tereska z córkami. Pani Tereska, super kucharka, której praca paliła się w rękach, przychodziła i pytała „To co, robimy kluski na parze?”, albo „To co, robimy spaghetti?”. I zaczynało się gotowanie zakończone ucztą i wylizywaniem talerzy. Po obiedzie, mamy siadały na tarasie przy kawce i pogaduszkach, a my albo byłyśmy obok, albo szłyśmy się gdzieś bawić. 
Jeszcze jedno pamiętam. Pani Tereska zawsze przychodziła z robótką na drutach. I tak siadały z moją mamą na tarasie, moja mama bardziej w cieniu, a Pani Tereska na największym słońcu i robiąc na drutach, przyjmowała te promienie, aż jej się pot zbierał w pępku.

Pamiętam też, przesiadywania z sąsiadami wieczorami na schodach. Pamiętam cykanie świerszczy. I pogaduszki do nocy…I mnóstwo śmiechu…
Pamiętam też ogniska, na które schodzili się sąsiedzi…
Pamiętam warzywa i owoce prosto z ogródka, takie pachnące, nagrzane słońcem…
Pamiętam tatę polewającego w upalne dni taras wodą, żeby chociaż trochę się schłodziło…

Takie mam wspomnienia. 

Jak byłam trochę starsza, to zaczęłam jeździć na kolonie czy obozy. I też to pamiętam. Ale prawda jest taka, że nie wywołują one takiego ciepła wokół mojego serca, jak wspomnienie czasu spędzonego z rodzicami. I nie chodzi tu o to, że oni szczególnie mi poświęcali ten czas, ale że po prostu byli  obecni, że byli obok mnie.

Ten pobyt nad jeziorem, te kilka dni spędzonych u mamy, wywołał u mnie pewną refleksję – czy my teraz potrafimy tak zwyczajnie wypoczywać, niekoniecznie jadąc tysiące kilometrów, bo wszyscy przecież tak jeżdżą? Niekoniecznie jadąc do ciepłych krajów, chociaż tak naprawdę nie lubimy gorąca. Czy potrafimy na tyle zatroszczyć się o nasze dzieci, żeby zapewnić im ich  wymarzone wakacje, a nie zwiedzanie kolejnych miast, które są punktem obowiązkowym do zobaczenia przez każdego obytego człowieka? Czy my wracamy z tych naszych wakacji wypoczęci, czyli czy wakacje dały nam to, do czego służą? Czy my to potrafimy, czy już niestety nie?
W tym roku staramy się z moim mężem analizować to, jaka forma wypoczynku nam sprawia największą radość. Jakie wypoczywanie daje nam faktyczny wypoczynek, a nie wywołuje zmęczenie i niezadowolenie. Wiem już, że w przyszłym roku z pewnych elementów wakacji zrezygnujemy, a inne dodamy. I też sprawdzimy, czy tak ma być, czy o to nam chodziło.

Według mnie, prawda jest taka, że najważniejsze jest, że wakacje mają nam pomóc zregenerować siły i oczywiście sprawić przyjemność. A żeby tak było, musimy dopasować je do nas samych, a nie ulegać, często nieświadomie, narzuconym nam wzorcom spędzania wolnego czau. Dobrze by było więc dobrać je do naszych potrzeb, do naszych możliwości. 
Naprawdę, czasami tak blisko mamy to, czego szukamy tak daleko…

Coraz bardziej wierzę, że to, o czym intensywnie myślimy, wysyłamy do Wszechświata, a Wszechświat nam pomaga w wybraniu odpowiedniej drogi.
Tak było i tym razem. Moje rozważania na temat wakacyjnego wypoczynku przeniosłam do Krakowa, gdzie był nasz kolejny punkt wakacji. I tam, na targu starych książek, kupiłam zbiór 366 tekstów flamandzkiego kapłana katolickiego Phila Bosmansa „Żyć każdym dniem, czyli jak znaleźć wielką radość w małych rzeczach.” Każdy z tekstów przeznaczony jest na inny dzień  roku. I tam, pod datą 11 lipca, czyli datą zakupu przeze mnie książki, znalazłam taki tekst:

„Ludzie nie mogą zwolnić tempa, uspokoić się, 
odetchnąć, nawet podczas urlopu.
Biura podróży pędzą ich jak owce do wakacyjnych rajów.
Także z urlopu i wypoczynku uczyniono przemysł.
Musisz jechać tu i tam, wszystkiego zasmakować,
Wszystko zobaczyć, wszystko przeżyć, wszędzie być.
W czasie wolnym jest tyle rzeczy, w których 
Po prostu musisz brać udział, bo wszyscy tak robią.
Inaczej będziesz dziwakiem lub odludkiem.
Musisz dotrzymać kroku. We wszystkim musisz stanąć na 
wysokości zadania.
Musisz dobrze zorganizować swój czas wolny.

Dlatego proponuję ci: Raz nie rób nic!
Albo zrób coś, czego nie musisz, lecz na co masz ochotę.”


Zawsze uważałam, że jestem w pewnym sensie dziwakiem i odludkiem.
I taka chcę pozostać. Chcę pozostać sobą. 
Chcę mieć SWOJE WYMARZONE WAKACJE.


PS. Książka po raz pierwszy została wydana w 1999 roku, a teksty do niej powstały dużo wcześniej. Ciekawe, co autor powiedziałby o życiu w dzisiejszych czasach? A z drugiej strony, zadziwiające jest to, że każde pokolenie ma soje bolączki, sprawy wymagające ulepszenia i to sprawy jak podobne do tych naszych, współczesnych, a z którymi kolejne pokolenia nie mogą się uporać.
Książkę naprawdę serdecznie polecam. Codziennie można zacząć dzień od porcji dobrych wskazówek na lepsze życie.

One thought on “Wymarzone wakacje

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *