Po prostu być mamą.

Jest środa. Wracamy po pracy do domu. Mój mąż zadaje mi pytanie „O czym myślisz? Bo coś mało mówisz.” No i zaczęło się. Wciągnęłam męża w rozważania pod tytułem „Czy jesteśmy dobrymi rodzicami?”.

Nasze dzieci wyfrunęły już z gniazda, ale rodzic na zawsze pozostaje rodzicem. Dzieci już dorosły, oderwały się od nas, zaczęły żyć własnym życiem, a nas czasami dopada refleksja, czy na pewno zrobiliśmy wszystko dobrze i jakimi rodzicami powinniśmy być teraz. 

Nachodzą nas wówczas różne pytania: czy nie za rzadko się widujemy, czy powinniśmy częściej zapraszać dzieci do siebie, a może to częściej, to już za często, czy nasze rozmowy nie mogłyby być bardziej wartościowe, czy dzieci podejmują słuszne decyzje, a jak im się ułoży życie, czy nie mamy zbyt wygórowanych wobec nich oczekiwań, a że chcielibyśmy bardziej uczestniczyć w ich życiu, a może właśnie chcemy za bardzo, itd., itp.

Przyznaję, nie miałam najlepszego nastroju tego popołudnia. Mój mąż w końcu stwierdził, że najlepszym lekarstwem na poprawę naszego humoru będzie dobry film. 

„Billy Elliot”. Bo o tym filmie mowa. Jest to historia 11-letniego Billego, wychowującego się bez mamy, w latach 80. w górniczym miasteczku na brytyjskiej prowincji. Nie jest to łatwy okres dla mieszkańców rodzinnego miasteczka Billego. Trwa kryzys ekonomiczny, w kopalniach strajkują górnicy, rodzinom brakuje pieniędzy. W tym czasie Billy, który na codzień trenuje boks, zakochuje się w tańcu. Balet staje się całym jego życiem. W tajemnicy przed rodziną, Billy zaczyna pobierać lekcje tańca, a jego trenerka zauważa w nim wielki potencjał. Możecie się domyślić, co się stało, jak tata dowiedział się, co robi jego syn. Syn, który miał być „prawdziwym” mężczyzną, jak wszyscy mężczyźni wokoło,  który miał trenować boks, jak jego ojciec i dziadek. A on co? Tańczy jak dziewczyna! Naprawdę, nie była to łatwa sytuacja, ani dla ojca, ani dla syna.

I tak oglądałam ten film, ale ciągle w głowie miałam pytanie „Jaką jestem matką???”. Bo przecież, póki co, nie znalazłam na nie odpowiedzi.

Film trwa nadal… Teraz Billy przynosi na trening rzeczy, które dla niego stanowią największą wartość. Daje trenerce do przeczytania list, który napisała do niego umierająca matka. Nauczycielka czyta na głos, a Billy wchodzi jej w słowa, bo zna list na pamięć. W pewnym momencie trenerka mówi :

„Musiała być kimś wyjątkowym”.

Billy patrzy na nią zdziwiony i odpowiada: 

„Była po prostu moją mamą”.

Czy ja się nie przesłyszałam? O czym oni mówią? Co on jej odpowiedział?

„Była po prostu moją mamą.” 

To zdanie dudniło mi cały czas w głowie.

Film się skończył. Wzięłam komputer i starałam się odnaleźć scenę, która zrobiła na mnie takie wrażenie. Mój mąż pyta mnie „Co robisz?’’ Tłumaczę mu. „Daj, ja znajdę. Pewnie chcesz napisać o tym.” „Tak, to też, ale posłuchaj, co on mówi”.

„Była po prostu moją mamą.”

Ja po prostu mam być mamą!

Mam odpowiedź na moje rozterki.

Ale co to znaczy, być po prostu mamą?

Być mamą, nie oznacza być kumpelką. Oznacza być przyjacielem. Ale nie takim od każdego intymnego szczegółu z życia dzieci. Tylko takim przyjacielem, który zawsze jest, na którego pomoc i życzliwość można liczyć. Być mamą, to kochać i akceptować. Być mamą, to słuchać. Być mamą, to mieć swoje zdanie, ale szanować wybory swoich dzieci. Być mamą, to pozwolić dzieciom mieć własne życie i nie obciążać ich swoimi emocjami.

Kiedyś, zapytana przeze mnie Iwonka Majewska-Opiełka, jaki powinien być rodzic dorosłych dzieci, powiedziała:

„Stać z boku i życzliwie, z miłością, przyglądać się życiu swoich dzieci”.

Piękne, prawda?

I tego muszę się trzymać.






Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *