Czy znacie piosenkę Hanny Banaszak „W moim magicznym domku”? Ja znam, bardzo ją lubię i często ją sobie nucę. Szczególnie podczas sprzątania piosenka ta dodaje mi energii. Ale również wtedy, gdy chodzę po moim domu, przyglądam się mu, spojrzę na ogień w kominku, na śpiące koty, spojrzę na otaczający dom ogródek, na las za płotem. Jaka jestem wówczas szczęśliwa, że mam swój magiczny domek, że się odważyliśmy zaryzykować, żeby spełnić nasze marzenie.
A z moim magicznym domkiem było tak.
Byliśmy bardzo młodzi. Ja miałam 25 lat, Marek, mój mąż, 27. Bartek, nasz starszy syn, miał 5 lat. Mieszkaliśmy w ładnym, dużym mieszkaniu. Nasz blok sąsiadował z ogródkami działkowymi. Widoki z okna były więc cudne, szczególnie wiosną. Można powiedzieć, czego chcieć więcej. My chcieliśmy. Mieliśmy marzenie, że mieszkamy w malutkim domku, siedzimy sobie przy kominku, a pies i kot śpią obok nas. Wiecie, takie marzenie z reklamy czy z rodzinnych filmów. Pewnie nie bez wpływu był też fakt, że ja całe życie mieszkałam w domu, a Marek bardzo często przebywał na wsi u swojej babci.
Teraz już wiem, że jak się czegoś bardzo pragnie, to wszechświat pomaga. I chyba było też tak tym razem. Nasz sąsiad z klatki powiedział Markowi, że Urząd Miasta sprzedaje w pięknym miejscu działki budowlane. Po namyśle, zdecydowaliśmy się wziąć udział w przetargu. Pamiętam ten dzień, gdy Marek wrócił z przetargu z informacją, że mamy działkę. Siedzieliśmy wówczas na basenie, bo Bartek miał naukę pływania. A my, zamiast patrzeć, jakie postępy robi nasz syn, to przez całe zajęcia, uśmiechnięci od ucha do ucha, robiliśmy pierwsze plany. Byliśmy pogrążeni w całkiem innym świecie.
Powiecie, co to za historia? Niejeden ma bardzo podobną.
Wiem, tak faktycznie jest. Ale chciałabym Wam pokazać, że jak się ma marzenia, to różne przeciwności, jakie stają na naszej drodze, nie powstrzymują nas przed spełnianiem tych marzeń. Tak było i u nas.
Kupując działkę, decydując się na budowę domu, nie mieliśmy żadnych oszczędności. Jedynym wkładem pieniężnym było nasze mieszkanie. Domyślacie się, to było o wiele za mało. Wiedzieliśmy więc, że musimy wziąć kredyt. Duży kredyt. Pewnie wiele osób w takiej sytuacji nie zdecydowało by się na taki krok. Dopiero co zaczęliśmy pracować, a tu takie obciążenie na wiele lat. Tak, byliśmy tego świadomi. Ale wiedzieliśmy też, że bez kredytu nie spełnimy naszego marzenia. Nie było też tak, że nie mieliśmy planu B, a nawet C. Gdyby coś szło nie tak, planowaliśmy dodatkowo pracować, chociażby udzielając korepetycji, czy ja szyjąc na zamówienie. Gdyby już naprawdę nie było dobrze, to musielibyśmy sprzedać dom i zaczynać wszystko od nowa.
A jak było dalej? Zgadnijcie, co pierwsze kupiliśmy w związku z przyszłą sielanką w naszym wymarzonym domku? Kupiliśmy sobie psa… Tak więc jeden element naszego obrazka już był, a tak poza tym było dużo, dużo pracy… Wiele rzeczy, to co mogliśmy, robiliśmy we własnym zakresie, przy pomocy rodziny. Projekt domu wykorzystaliśmy gotowy, lekko go modyfikując. Główne prace budowlane wykonała ekipa fachowców, ale już wykończaniem wnętrz w większości zajęliśmy się sami. Malowanie, tapetowanie, kładzenie paneli, montaż oświetlenia… Codziennie coś. Wydawało się, że to niekończąca się praca. A jeszcze trzeba było zająć się ogródkiem…
Nie było łatwo. Wprowadziliśmy się w zasadzie do jednego pokoiku, bo trzeba było zwolnić mieszkanie, a dom jeszcze nie był gotowy. I tak, przez pewien czas, mieszkaliśmy w trójkę „na kupie”. W zasadzie w czwórkę, bo okazało się, że jestem w ciąży z naszym Maciusiem. Naprawdę wiele działo się w tym czasie w naszym życiu.
Ale powolutku, pokój po pokoju, pomieszczenie po pomieszczeniu, fragment ogródka po fragmencie, doprowadzaliśmy nasz dom do stanu, jaki mamy obecnie. Nasz dom jest naprawdę nasz. Pewnie dzięki temu, że dużo włożyliśmy w niego serca i pracy, że urządzaliśmy go od najdrobniejszego szczegółu sami, tak jak lubimy, że nikt nam niczego nie narzucał. Mamy to, o czym marzyliśmy.
Zastanawiam się teraz, co nami kierowało? Odwaga, brawura, a może młodość? A może wszystkiego po trochę. Pewne jest, że byliśmy bardzo szczęśliwi, pełni energii. Wiedzieliśmy, że łatwo nie będzie, ale będziemy mieli swój wymarzony domek pod lasem.
Były momenty, że naprawdę nie było łatwo. Brakowało pieniędzy, musieliśmy na wszystkim oszczędzać, na wiele nie mogliśmy sobie pozwolić, liczyliśmy każdy grosz. Do tego mnóstwo pracy, którą musieliśmy pogodzić z codziennymi obowiązkami. Nieraz zadawaliśmy sobie pytanie „I po co nam to?”. Mogliśmy przecież mieszkać w ładnym mieszkaniu, jak coś działo się nie tak, zgłaszać do spółdzielni, to naprawiali. Sprzątanie czy remonty trwały naprawdę chwilę. Mielibyśmy dużo więcej czasu, dużo więcej pieniędzy, dużo więcej spokoju. Już nie mówiąc o ryzyku, jakie się wiązało z wzięciem kredytu. Ale…
No właśnie. Mój młodszy syn, jak już dorósł, na nasze jakieś obawy, mówił nam „Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana!” No i chyba coś w tym jest. I dotyczy to nie tylko kupna domu czy mieszkania. Dotyczy to również decyzji związanych ze zmianą pracy, podjęciem dodatkowej nauki, posiadania zwierząt czy nawet dzieci. Bo czy dobrze jest, że boimy się podejmować decyzji, szczególnie takich finansowych, długoletnich? Czy dobrze jest, że widzimy zawsze czarny scenariusz? Czy dobrze jest, że boimy się jakiś zawirowań? Według mnie nie. Ale to jest moja opinia. Dotycząca mnie i mojego podejścia do życia. Podjęliśmy ryzyko, dla spokoju ułożyliśmy sobie plan awaryjny i działaliśmy.
Jeśli jednak ktoś wie, że zadłużenie w banku nie pozwoli mu spać, albo wie, że nie będzie chciał poświęcić swojej energii na prace związane z domem, albo wie, że nie da rady znieść trudów, związanych z samą przeprowadzką i chwilowym zamieszaniem w życiu, albo wie, że w razie potrzeby nie będzie chciał więcej pracować, albo wie, że woli żyć chwilą obecną, nie liczyć się z pieniędzmi, bawić się, podróżować, to powinien wybrać swoją drogę i żyć tak, jak jemu jest dobrze. Bo to jest jego życie. Powinien jednak być świadomy, że życie bardzo asekuracyjne może spowodować, że nic wielkiego w tym życiu nie osiągniemy, że może nas ominąć wiele pięknych chwil i radości.
A my. My jesteśmy bardzo szczęśliwi z podjętych w młodości decyzji. Bardzo doceniamy to, co mamy. Powiem więcej, takie decyzje podejmowaliśmy też później, na przykład kupując lokal na biuro. Znowu był plan B i plan C… A kredyt na dom … zostało nam już tylko trzy miesiące do końca spłaty. Jak ten czas szybko mija…
Wniosek jest jeden – do każdego należy decyzja. Ważne, żeby to była decyzja zgodna z naszą wizją życia. Pamiętajmy jednak, że kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana!
Czy macie ochotę wysłuchać piosenki Hanny Banaszak ” W moim magicznym domku”. Polecam serdecznie. Jest piękna. Kliknijcie link i przenieście się w cudowny, magiczny świat, który może być albo już jest naszym światem.
https://www.youtube.com/watch?v=CNP672a25CU
Jak zwykle tekst mądry, cieplutki i śliczny. Tak działa Wszechświat i tak spełniają się wszystkie marzenia, tak dostajemy to, czego pragniemy. Widać też wyraźnie, że co jak co, ale poczucie obfitości mieliście oboje, juz wtedy. I jeszcze jedno. „Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana”, to święta prawda zabawnie ujęta. Można mieć zupełnie dobrze: herbatka, kawusia, letnia bawarka… ale żeby pic szampana, trzeba od czasu do czasu wyjść poważnie ze strefy komfortu. Powtarzałam to wiele, wiele razy, tak gdzieś od 1995 roku. To powiedzenie jest chyba nawet w którejś z moich książek. 🙂
Iwonko, dziękuję. Teraz już wiem, dzięki Tobie, że tak działa Wszechświat, że chcieliśmy, to dostaliśmy, oczywiście przy naszym niemałym wkładzie. Ale pomoc i opieka zawsze była. A o poczuciu obfitości to w czasach przed Tobą, zresztą o wielu innych rzeczach też, to ja w ogóle nie miałam pojęcia. Aż do Marka powiedziałam, że mieliśmy, a nie wiedzieliśmy. A tak swoją drogą, myślę, że nasze myśli, to znaczy Twoje i moje, już po prostu spotkały się dawno temu we Wszechświecie (działkę kupiliśmy w 1995 r.) i dlatego tak dobrze nam szło i z domem i w życiu. I jeszcze jedno : herbatka, kawusia, letnia bawarka… jak to fajnie ujęłaś, jak to fajnie oddaje zbyt silne przywiązanie do strefy komfortu.