TORT

Tort. Pewnego dnia miałam ochotę na prawdziwy tort. „Prawdziwy” dla mnie oznacza biszkopt lekko nasączony mocną, czarną herbatą z rumem, przełożony masą kawową lub cytrynową, taką przygotowaną na jajkach ubitych na parze i na maśle.

Pojechaliśmy więc z moim mężem do kawiarni Niger, jednej z najstarszych kawiarni w Zielonej Górze. Kawiarnia ta słynie z pysznej kawy, rurek z kremem i właśnie tortów. Zamówiliśmy tort i … niestety, to nie było to. Tort był dobry, ale taki dzisiejszy, czyli z masą ze śmietany kremówki. A ja miałam ochotę na tort jak dawniej.

Nie pozostało nic innego, jak wziąć sprawy w swoje ręce i przygotować sobie tort samemu. Szczególnie, że akurat była ku temu okazja.

Upiekłam więc biszkopt… Niestety nie wyszedł. Zapadł się. Przemyślałam sprawę, znalazłam błąd i upiekłam piękny biszkopt numer dwa. Ubiłam jajka na parze, ukręciłam masło, połączyłam jajka z masłem, następnie podzieliłam tę masę na dwie części, do jednej dodałam kawy do drugiej sok z cytryny i miałam gotowy krem. Teraz mocna herbata z rumem. Nasączyłam nią każdą część, przekrojonego na trzy, biszkoptu i podstawa tortu była zrobiona. Teraz zaczęło się najlepsze – łączenie elementów i przystrajanie. Jedna część biszkoptu, dżem z czarnej porzeczki, masa kawowa, druga część biszkoptu, znowu dżem z czarnej porzeczki, masa cytrynowa, trzecia część biszkoptu i zabawa w artystę…

Tort wyszedł jak malowany, a jaki pyszny… Taki jak dawniej… Taki, jakiego smak pamiętałam…

W czasie przygotowywania tego wykwintnego ciasta naszły mnie wspomnienia dań z dzieciństwa i z młodości…

Moja mama mówiła, że tata nic nie umie przygotować do jedzenia, oprócz jajecznicy i sałaty w swoim stylu. A taty sałata, to była sałata prosto z ogródka, drobno pokrojona, posolona,  do niej dodany szczypiorek i tak przygotowaną sałatę się wyciskało (tak, wyciskało jak kapustę), a na koniec mieszało się tę miksturę ze śmietaną. Sałata, przez to wyciskanie, była inna niż wszystkie, taka z goryczką, taka tatowa. 

Tata w ogóle miał dziwne pomysły kulinarne. Rosół? Przecież to woda, a nie zupa! Ale jak do tego wziął grubo ukrojoną kromkę chleba, z małem nałożonym w takiej ilości, że śmialiśmy się, że jest grubiej niż chleb, to i owszem, rosół w takim towarzystwie smakował. Kiedyś się dziwiłam tacie, a teraz sama lubię tak jeść.

Albo jak mama gotowała zupy na mięsie. Wkładała do wody kości i kawałki mięsa. Tata, już jak zupa była gotowa, wyławiał tę kość, kładł ją na talerzu, nakładał sobie musztardę i oczyszczał tę kość z resztek mięsa, można powiedzieć do gołej kości.

Pamiętam też, jak tata przywiózł do domu wielki karton galaretek w cukrze oraz wór wafelków, takich do lodów. Jak mieliśmy ochotę na coś słodkiego, a nie było ciasta, to mama wkładała taką galaretkę do wafelka i mieliśmy galaretkowego loda.

Moja mama z kolei jest specjalistką od placków ziemniaczanych. Do tej pory, jak mamy zjeść placki, to jedziemy do mamy. Mama szykuje ciasto i smaży od razu na dwóch patelniach. A my siadamy przy stole i czekamy, jak małe dzieci, kiedy mama położy kolejną porcję placków na talerzu. Do tego śmietana i cukier…Pycha…

Podobny styl jedzenia pamiętam z dzieciństwa. Było nas pięcioro – rodzice i my, trójka dzieciaków. Każdy z nas apetyt miał naprawdę spory. Mama szykowała przynajmniej dwa duże talerze kanapek, a my nie odchodziliśmy od stołu do czasu, aż talerze nie były puste. Placki, racuchy, to samo. Trzeba było pilnować miejsca przy stole, bo jak się odeszło, to któreś z rodzeństwa mogło przechwycić racucha, który tym razem miał być mój… 

Jeszcze z dziwnych smaków z dzieciństwa – chleb z masłem, koncentratem pomidorowym i cebulą. Pycha… A mój starszy brat, który, słowo daję, wyjadał cukier łyżeczkami z cukiernicy, lubił chleb z masłem i cukrem. Albo dla zmiany smaku, chleb z masłem i musztardą.

Takie wspomnienia i wiele innych przychodziły mi do głowy podczas przygotowywania mojego prawdziwego tortu.

Tak myślałam sobie, żeby podzielić się z Wami tym, co zapamiętałam z dzieciństwa i w tym momencie Wszechświat, jak to Wszechświat, podsunął mi film, który potwierdził to, co czułam.

Mówię o filmie „Szpak”. Film ten opowiada o małżeństwie, które próbuje poradzić sobie z ogromną stratą, jaką była śmierć maleńkiej córeczki. Żona, mimo wielkiego bólu w sercu, stara się żyć normalnie. Mąż, niestety, nie potrafi sobie poradzić z traumą. Podejmuje więc leczenie w szpitalu psychiatrycznym. W tym filmie jedzenie, mimo, że prawie niezauważalne, odgrywa bardzo ważną rolę. Jest symbolem miłości, troski, oddania.

Jedzenie, wspomnienia tego, co i jak jedliśmy w dzieciństwie czy młodości, jaka atmosfera towarzyszyła wspólnemu spożywaniu posiłków, ma znaczenie, z którego nawet nie zdajemy sobie sprawy. Wiadomo, te wspomnienia mogą być dobre, ale takie też wcale nie muszą być. Moje są dobre. Jak o tym myślę, czy teraz, pisząc o tym, wywołują uśmiech na mojej twarzy.

I tak sobie myślę, że każdy element naszego życia, to co robimy, jak robimy, w jakiej atmosferze to robimy, ma wpływ nie tylko na naszą przyszłość, ale również na przyszłość naszych bliskich. Każdy taki element, duży czy mały, czy nam się wydaje ważny czy nie, ma wpływ na cały obraz życia. Bo życie nie jest jednorodne. Ono jest układanką, w której nie może zabraknąć żadnego, nawet najmniejszego elementu. A elementy te budujemy my sami przez całe życie, ale również budują je dla nas nasi najbliżsi. Zadbajmy więc o to, żebyśmy my i nasi bliscy nie mieli zbyt wielu powodów na wymianę elementów, w których my odgrywaliśmy jakąś rolę.

Każdy z nas ma wspomnienia smaków, czy tego jak i z kim spożywaliśmy posiłki. Może macie ochotę podzielić się tym ze mną i z innymi? Może macie ochotę przywołać obrazy z dzieciństwa, szczególnie teraz, w czasie, który skłania do refleksji, do wspomnień.


4 thoughts on “TORT

  1. Bardzo dziekuje za ten tekst , zawsze mialam wyrzuty sumienia 😉 ze wiekszosc moich wspomnien z dziecinstwa wiaze sie z jedzeniem , mam smaki , ktorych wspomnienie potrafi tak uruchomic moja wyobraznie , ze przenosze sie w czasie , co prawda tylko na ulamki sekund ale przenosze . Duzy dojrzaly pomidor ze swierza bulka jedzony jak jablko z reki ,ktory dala mi Babcia zaraz po powrocie z targu pieczony kurczak na Wielkanoc , niby glowna role idgrywalo tam jedzenie ale chyba jednak chodzi bardziej o ludzi : Babcia , Mama … wszyscy z mojej rodziny juz umarli , Mama jak mialam 17 lat , brat 6 lat temy w wieku 54 lat , rok pozniej Tata .Brat nie mial rodziny , Tata byl jedynakiem a Mamy rodzenstwo tez odeszlo . Pozdrawiam serdecznie

    1. Anyu (nie wiem, jak odmieniać Twoje imię), zobacz, jak fantastycznie działa nasz zmysł smaku, ile dostarcza nam przyjemności. I tych na co dzień i tych z przeszłości. Ale tak jak mówisz, to niekoniecznie smaki są najważniejsze, ale to z kim one się wiążą, jakie obrazy nam podsuwają. Wydaje się, że wszystko było proste. Jedzenie też było proste, niewyszukane, teraz często ktoś mógłby powiedzieć ubogie, albo dziwne, ale dla nas najważniejsze. Ja co sobie przypomnę jakąś sytuację, chociażby mojego tatę, jak je, albo jak pomaga mamie przygotować sernik (ucierał ciasto w makutrze), tatę, który nie żyje już od 21 lat, to robi mi się cieplej na sercu. Wspomnienia te zawsze wywołują uśmiech na mojej twarzy. A tak a propos wyrzutów sumienia, to ja głównie i mamę i tatę przypominam sobie, jak wychodzą zza rogu ulicy i zbliżają się do domu po pracy. Tata majestatycznym, długim krokiem, a mama zawsze na wysokich obcasach, drobniutkimi, szybkimi kroczkami. Takie małe, niby nic nie znaczące wspomnienia, ale dla mnie pierwszy obraz jaki tworzy się w mojej głowie na wspomnienie dzieciństwa.

  2. Przywołałaś wspomnienie z dzieciństwa: jest lato, na naszym podwórku bawi się całą ferajna dzieci z sąsiedztwa. Jest bardzo wesoło. Mama wychodzi z domu i krzyczy „dzieci, chodźcie jeść”. Zbiegają się wszyscy (na pewno więcej niż dziesięcioro) i wtedy Mam siada na schodach z wielkim, okrągłym bochnem chleba i kroi każdemu porządną pajdę; każde dostaje łychę śmietany i cukier i tak wszyscy siadamy wokół schodów i jemy. Jakie to było doooobre!!!
    Asiu, bardzo dziękuję❤️❤️❤️

    1. Ewuniu, jakie wspaniałe wspomnienie! Widzę Was wszystkich przed oczami, jak pałaszujecie chleb przygotowany przez mamę. Ile radości, ile szczęścia… Ja pamiętam takie wielkie bochny chleba. Ale u nas były podłużne. W sobotę, na weekend, kupowało się przynajmniej dwa. Bo przecież chleba nie mogło zabraknąć. Chleb był podstawą wyżywienia i nikomu do głowy nie przyszło, że może szkodzić naszemu zdrowiu. Jadło się te wielkie kromy tak, że aż uszy się trzęsły. Ewuniu, dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *