Buddyzm a logodydaktyka (cz.1)

Czarek to mój starszy brat, który przez prawie rok był mnichem buddyjskim w Tajlandii. Zaprosiłam Go do rozmowy na temat buddyzmu i …logodydaktyki. 
Naszą rozmowę przedstawimy w kilku częściach, które będą się ukazywały na moim blogu raz na trzy tygodnie.

Zapraszam serdecznie. Będzie to bardzo ciekawa opowieść o byciu mnichem, o buddyzmie, ale również o logodydaktyce.

JŚ:
Czarek, opowiadałeś mi jakiś czas temu o buddyzmie, o jego odmianach, o zasadach, o tym, jak to jest z buddyzmem w Polsce.
Podczas tej naszej rozmowy zauważyłam, że zasady, jakimi kieruje się buddyzm, są bardzo zbieżne, z tym, czego uczy logodydaktyka, a którą ja żarliwie studiuję. Stąd też pomysł na tę naszą rozmowę. Ty poopowiadasz nam o buddyzmie, a ja będę szukała podobieństw w logodydaktyce.

To co, zaczynamy?

Pierwsze z moich pytań jest takie – skąd u człowieka zachodu, mocno związanego ze światem biznesu, sztuczną inteligencją, nowoczesną technologią, wzięła się potrzeba zagłębienia tajników buddyzmu?


CP:
Dla mnie bycie mnichem buddyjskim w Tajlandii było drogą, narzędziem, a nie celem samym w sobie. A zaczęło się wiele lat temu w sposób magiczny. Spotkałem ludzi, którzy twierdzili, że czują energię ludzi, zwierzą, roślin, że potrafią zobaczyć wokół nich promieniowanie. Jako fizyk z wykształcenia oraz sceptyk poznawczy, podszedłem do tego z dystansem. Jednak temat był zbyt fascynujący (bo kto nie chciałby mieć supermocy), aby odłożyć go na bok… a że empiria i własne doświadczenie są najlepszą metodą poznawczą, więc zacząłem brać udział w kursach, czytać setki książek, a przede wszystkim dużo, bardzo dużo ćwiczyć.

Im więcej sam byłem w stanie doświadczyć i zrobić, tym bardziej okazywało się, że to tylko czubek góry lodowej, że jest coś głębiej, coś o czym opowiadają mistycy wszystkich religii. Ale doświadczenie tych stanów, przez niektórych zwanych mistycznymi, transcendencyjnymi, nie jest wcale łatwe. Potrzebne jest duże wyciszenie na poziomie myśli i emocji oraz metody będące nie-metodami, które pozwalają „przełączyć” się z postrzegania jako JA na postrzeganie z pozycji „Wszystko”.

I tu pojawiają się buddyjscy mnisi – bo któż lepiej wie o wyciszeniu emocji i myśli niż oni, któż dokładniej zbadał i opisał te stany wyższego doświadczania, czy też bycia Absolutem. 

Gdy człowiek doświadczy bycia WSZYSTKIM i zobaczy z tej pozycji świat wokół siebie, to te wszystkie ziemskie zabawy w ważność, majątek, oczekiwania zdają się mu być nieistotną przedszkolną zabawą. Jedyne co staje się ważne, to wchodzenie coraz głębiej i trwalej w to transcendentalne rozpuszczenie. I wtedy nie ma znaczenia czy jesteś biznesmenem, czy specem od sztucznych inteligencji, liczy się tylko to doznanie… i wtedy zostajesz mnichem buddyjskim lub jedziesz do hinduskiego aśramu, czy też leżącej na uboczu chrześcijańskiej pustelni… liczy się wtedy tylko jedno – DOŚWIADCZENIE i chęć dzielenia się nim z innymi.


JŚ:
Zanim opowiesz trochę więcej o energii, bo to jest bardzo ciekawe, że każdy z nas ma w sobie energię, że wszystko wokół nas ma energię i my możemy tę energię wykorzystać w sposób właściwy, dobry, chciałabym Cię dopytać o początek Twojej drogi. Zaczęło się to już dobre kilka lat temu. Pamiętam, jak zacząłeś coś wspominać o tym, co Cię interesuje, o czym czytasz, w którym kierunku idziesz, było to, nie ukrywam, dla mnie dziwne. Zastanawiałam się, o czym Ty mówisz, co Ty chcesz robić? Nie mówiłeś o tym za dużo, teraz mogę domyślić się dlaczego. I stąd moje pytanie. Wielu ludzi czuje, że ich droga jest inną drogą niż ta, po której kroczą. Ale mają wiele obaw, żeby tę drogę zmienić, żeby w ogóle otwarcie mówić o tym, jaki mają pogląd na życie. Obawiają się odrzucenia, dziwnych spojrzeń, niezrozumienia. Jak Ty sobie z tym poradziłeś? I co możesz poradzić innym?


CP:
Poruszyłaś ważny a niełatwy temat, który był dla mnie na początku dużym wyzwaniem. Jak ja, człowiek biznesu mam mówić o energiach, aurze, czy duchowych poszukiwaniach? Nie potrafiłem i generalnie początkowo mocno się z tym ukrywałem. Teraz z perspektywy czasu wiedzę, że bardzo pomogło mi zwiększenia grona znajomych o osoby, które miały podobne zainteresowania. To, że mogłem z nimi swobodnie porozmawiać, wymieniać się poglądami i doświadczeniami.

Teraz już nie mam z tym problemu, aby mówić o swojej duchowej drodze otwarcie. Gdy zacząłem to robić, zwłaszcza po okresie bycia mnichem buddyjskim w Tajlandii, to okazało się, że temat ponadczasowych wartości interesuje nawet tych, którzy odnieśli sukces biznesowy czy zrobili karierę. Także oni stanęli przed pytaniem – co dalej, jaki jest tego wszystkiego sens… i bardzo, bardzo często pojawiają się dwa główne pytania: Czemu to wszystko, co osiągnąłem nie daje mi poczucia wewnętrznego szczęścia? Co jest tak naprawdę prawdziwym moim celem w życiu?


JŚ:
Moje pytanie nie było bezzasadne, bo wiem, że mamy kłopot w mówieniu o tym, że mamy inne spojrzenie na świat. Ja zaczęłam od czytania, słuchania czy oglądania wykładów. Zaczęłam rozumieć, że ludzie mogą się zmieniać, że nie wystarczy osiągnąć sukces, rozumiany jako kolejny szczebel w karierze czy zgromadzony majątek. Ludzie potrzebują widzieć sens życia, a nie tylko życie przeżyć. Wiem, że ludzi to interesuje, ale nie za bardzo chcą się do tego przyznać. Słyszę np. o tym, że ktoś nie chce obserwować jakiejś strony na facebooku o samorozwoju czy duchowości, bo ktoś inny to zauważy i co sobie pomyśli. Opowiadano mi też, że ktoś nie chciał zrobić sobie zdjęcia ze swoją jogową grupą, żeby przez przypadek nie dostało się ono do internetu, bo … pracodawca nie zapatruje się na to dobrze. Do mnie kiedyś ktoś powiedział „że ty masz odwagę o tym mówić”. O tym? To o czym? Przecież nie kłamię, nie robię innym krzywdy, nikogo nie namawiam do czegoś niedobrego. Mówię o tym, co myślę. Staram się przekazywać dobro, pozytywny stosunek do życia. Chcę, żeby było więcej takich ludzi jak my. Bardzo ważne jest więc to, o czym powiedziałeś – najlepiej dołączyć do grupy ludzi z podobnymi zainteresowaniami, z podobnym spojrzeniem na świat, z podobnymi poglądami. Wówczas na pewno się wzmocnimy, nabierzemy odwagi, upewnimy, że nie jesteśmy sami, że nie jesteśmy inni. Bardzo ważne jest  też zadbanie o poczucie własnej wartości, które zawsze pomaga nam otwarcie być sobą.

Myślę Czarek, że te nasze doświadczenia z tym „co ludzie powiedzą” nie są odosobnione. Bardzo dobrze więc, że trochę podpowiedzieliśmy, w jaki sposób można odnaleźć się w takiej sytuacji.  

A teraz wróćmy do Twoich początków.

Wiemy już, dlaczego i po co wybrałeś ten kierunek w swoim życiu. Wiemy, jakie były początki Twojej drogi. Ale żeby to dopełnić, mam jeszcze kilka pytań.

To, że zdecydowałeś się być konsekwentnym w tym co robisz, poszerzać swoją wiedzę, to jedno. Ale Ty poszedłeś dużo dalej. Postanowiłeś zrezygnować z pracy, pozbyć się majątku i wyruszyć w drogę. Ja mówiłam, że wyjechałeś szukać siebie. Wiem, że to duże uproszczenie, że chodziło o coś więcej. Domyślam się też, że zapewne nie było łatwo podjąć taką decyzję. Czy możesz nam powiedzieć, co głównie zadecydowało o tym, że w tę drogę wyruszyłeś? Czy znalazłeś w tej podróży to, czego szukałeś? I czy było warto?


CP:
Nim zacząłem świadomie swoją duchową podróż, to prowadziłem ciekawe życie i miałem odwagę brać z niego wszystko to, co ono daje: podróże, przyjemności, poznawanie ludzi oraz różnorodnych pomysłów na życie. Ale gdy doświadczyłem pierwszych doświadczeń transcendentalnych, gdy pierwszy raz poczułem błogość bycia jednością z Absolutem, zobaczyłem, że nawet najprzyjemniejsze zabawy i doznania tego świata nie równają się z tym co daje to doświadczenie, opisywane przez mistyków wszystkich kultur i religii.

Po czymś takim człowiekowi pozostaje tylko jedno pytanie – jak ułożyć sobie to ziemskie życie, aby doznanie stało się czymś trwałym, czymś, co stanowi podłoże wszystkich innych zdarzeń i działań. Ja szukałem tego wśród szamanów w Peru, w Aśramach w Indiach, wśród ezoteryków i duchowych nauczycieli z całego świata.

Można powiedzieć, że ta boskość jest zawsze w nas… co nie oznacza, że potrafimy ją świadomie doświadczać na tym ziemskim planie. Ja potrzebowałem przebyć swoją drogę, a to, co ona przyniosła, było warte każdego wyrzeczenia, które tak naprawdę jest tylko wyrzeczeniem pozornym.


JŚ:
Czarek, Ty wybrałeś bycie mnichem buddyjskim w Tajlandii. Czy możesz nam trochę przybliżyć, jakie są odmiany buddyzmu, czym one się różnią i jaki kierunek buddyzmu możemy spotkać w Polsce? Jeszcze ciekawi mnie to, dlaczego wybrałeś akurat buddyzm tajlandzki?


CP:
Jest bardzo dużo tradycji buddyjskich, dlatego aby uniknąć wchodzenia w różnorodne terminologie i dogmaty, z tych aktywnie istniejących w Polsce zdefiniowałbym dwa:
– ZEN,
– buddyzm tybetański.

Buddyzm jest pracą nad sobą, odnajdywaniem wewnętrznego spokoju, a dzięki temu bezwarunkowej radości i szczęścia tutaj na ziemi. Różne tradycje buddyjskie stosują różne techniki, aby ten wewnętrzny spokój osiągnąć. W ZEN jest to głównie medytacja i minimalizm. Jest to droga wyciszenia, poprzez zaglądanie się w siebie i stwarzanie wokół warunków jak najbardziej sprzyjających wyciszeniu.

Natomiast buddyzm tybetański jest to mieszanka buddyzmu z rdzennymi wierzeniami, praktykami i kulturą Tybetu. Tak jak ZEN niewiele ewoluuje od wieków, tak buddyzm tybetański jest otwarty na każdą nową wiedzę, która sprzyja wewnętrznemu wyciszeniu. ZEN jest powtarzalną praktyką, która prawie niezmieniona była nauczana przed wiekami. W buddyzmie tybetańskim każdy kolejny nauczyciel (Lama) może wnieść swoje własne metody i techniki prowadzące do wewnętrznego wyciszenia.

Ja trafiłem do jeszcze innego nurtu buddyzmu – Therawady. Jest on bardzo słabo reprezentowany w Europie, a główne jego centra to południowa Azja (Tajlandia, Sri Lanka, Birma). Therawada jest uznawana za buddyzm pierwotny, w którym niewiele wprowadzono nowego od czasu Buddy. Oczywiście ma on także swoje naleciałości kulturowe – przykładowo w Tajlandii mnisi nie mogą dotykać kobiet. 

Jak ja zostałem mnichem buddyjskim w Tajlandii? Prawdziwa odpowiedź: bo tak zadecydowało moje przeznaczenie. Przed wyjazdem do Tajlandii moje życie składało się z trzech elementów: biznes, medytacja, spanie. Jak nie byłem w pracy, to medytowałem. Przykładowo w  weekendy medytowałem po kilka, kilkanaście godzin dziennie. Jednak ten stan łączenia aktywności biznesowej z technikami pełnego wyciszenia nie chciały iść w parze. Cierpiała na tym zarówno praca, jak i głębia doświadczenia medytacyjnego. 

Dlatego pewnego dnia postanowiłem, że czas przechylić szalę na którąś stronę. Wszedłem w głęboką medytację z intencją, aby pojawiła mi się podpowiedź, czy powinienem oddać się bardziej biznesom czy praktykom duchowym. I przyszła odpowiedź, a była on jednoznaczna, nie pozostawiająca żadnej przestrzeni interpretacyjnej: powinienem w pełni oddać się duchowej drodze. Tego samego dnia wyświetlił mi się filmik: „Jak zostać mnichem buddyjskim w Tajlandii?”. Na końcu była adres strony internetowej, gdzie należało się zgłosić… a dalej już samo się potoczyło.


JŚ:
W logodydaktyce często mówimy, że Wszechświat wie, jak nam pomóc. A jak dokładnie nie sprecyzujesz, co i jak, to jest tak jak z Tobą. Wszechświat zapewnił Ci praktyki duchowe, bo tego bardzo chciałeś, ale miejsce już wybrał sam, bo tego nie skonkretyzowałeś. 


Tyle o początkach. Na dalszą część rozmowy zapraszamy za trzy tygodnie. 

Jeśli macie ochotę poznać Czarka lepiej, poznać jego drogę ku szczęściu, ku duchowości, jeśli interesuje Was medytacja i energia jaka jest w nas i otaczającym nas świecie, zapraszam na profil Czarka na facebooku:


https://www.facebook.com/cezariusz.platta







2 thoughts on “Buddyzm a logodydaktyka (cz.1)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *