Robię to, bo …?

Nie tak dawno usłyszałam od pewnej pani psycholog, jak zgłosił się do niej mężczyzna po pomoc, bo biegał i nagle … biegać przestał. I nie chodziło tu o jakąś kontuzję, brak odpowiedniego obuwia czy ścieżek do biegania. On po prostu przestał biegać. 

Po konsultacji z panią psycholog i po analizie swojego życia, mężczyzna doszedł do wniosku, że on tak naprawdę … nigdy nie lubił biegać. 

Od razu nasuwa się pytanie – To dlaczego biegał?

Parafrazując wypowiedź Jezusa Chrystusa, kto tak nie robi, niech pierwszy osądzi tego pana. Bo robimy tak wszyscy. A na pewno większość z nas.

Nasz bohater zaczął biegać, bo biegali inni. Bieganie było modne, wręcz nie wypadało nie biegać, bo przecież trzeba o siebie dbać. Potem okazało się, że po prostu mu to wychodzi. Uzyskiwał coraz lepsze wyniki, zaczął brać udział w zawodach, wygrywał je. I wiadomo, z tym wiązało się, uznanie żony, rodziny, znajomych. To go napędzało do dalszych treningów. Potem przyszły maratony, kolejne wygrane, kolejne uznania. Był bohaterem. I tak biegał dziesięć lat, aż … przestał. 

Jak ktoś wie chociaż co nieco o robieniu czegoś wbrew sobie, albo robieniu czegoś pod wpływem długotrwałego stresu, pomyśli sobie, że dobrze, że to się tylko tak skończyło. Bo tak naprawdę mogło skończyć się różnie. Poczynając od kontuzji, spadku odporności, choroby, poprzez spadek energii życiowej, a z tym związanej chęci do życia, na depresji kończąc.

Ileż to razy robimy coś, bo robią to inni, bo jest to narzucone przez społeczeństwo, kulturę, nasze wychowanie. Robimy coś, bo tak wypada. Z różnych stron dochodzą nas głosy, że trzeba tak robić, żeby być zdrowym, bogatszym czy po prostu mieć lepsze życie. Mamy nadzieję, że robienie pewnych rzeczy przyniesie nam szczęście. Jest też tak, że mamy jakieś zobowiązania i wywiązujemy się z nich, mimo, że jest nam z nimi nie po drodze. 

A ileż razy, wręcz przeciwnie, nie robimy tego, z czym nam jest dobrze, ale nie jest to zbyt dobrze widziane przez innych. Obawiamy się wówczas, nawet nieświadomie, jakiegoś odrzucenia czy niezrozumienia.

I tak trwamy w tym, co nie jest nasze, przeciwko czemu buntujemy się wewnętrznie, a nie mamy odwagi z tego zrezygnować. Trwamy w tym, co nie jest zgodne z naszymi wartościami, z naszą wizją życia. 

I ciągniemy tak czasami latami. Niekiedy nawet nie zdajemy sobie sprawy, że po prostu możemy coś zostawić, coś porzucić. Że nie musimy czegoś ciągnąć wbrew sobie. Ba, niekiedy, jak ten biegacz, nawet nie wiemy, że robimy coś niezgodnego ze sobą. I dopiero, czasami dramatyczne sytuacje, zmuszają nas do przeanalizowania, dlaczego tak się dzieje. 

Tak sobie myślę, że lepiej wyprzedzić sygnały naszego organizmu, że coś jest nie tak w naszym życiu. A na pewno, jeśli już się pojawią, to uważnie się w nie wsłuchać i ich nie lekceważyć. 

Lepiej wcześniej zrobić swój własny rachunek sumienia i zastanowić się, dlaczego nie mamy energii, chęci do życia, czy po prostu z mniejszą lub większą niechęcią zabieramy się do jakiś czynności. I wtedy, jak już będziemy wiedzieli, co jest nie tak, to możemy zacząć działać. Możemy zmieniać czy sobie odpuszczać. Aż doprowadzimy do tego, że to, co robimy w naszym życiu, będzie zgodne z nami, będzie naprawdę nasze.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *