Nie wiem, czy zauważyliście, ale ostatnio w Polsce jednym z popularniejszych zwrotów jest „ulga dla klasy średniej”. Nie będę pisała, o co dokładnie w tej uldze chodzi. Wspomnę jedynie, że jak ktoś ma odpowiednie dochody, to znaczy ani za niskie ani za wysokie, to może podatkowo skorzystać z tej ulgi.
Nie, nie chcę rozpisywać się o podatkach. Chcę napisać o słowach.
Może wiecie, a może nie, jestem księgową. I z racji mojego zawodu temat powyższej ulgi jest dla mnie ważny, a przynajmniej taki powinien być. Ale słowo Wam daję, od początku, gdy zaczęto mówić o tym sposobie rozliczenia dochodów, nie mogłam zapamiętać tego zwrotu. I wiem dlaczego.
Samo sformułowanie budzi we mnie niechęć. Nie dość, że ktoś chce nas dzielić, tworzyć klasy, to jeszcze nazywa jedną z tych klas „klasą średnią”. A średnia, jak to średnia, kojarzy nam się, no dobrze, może tylko mi się kojarzy, po prostu z przeciętnością. A kto chce być przeciętny? Ja na pewno nie.
Ale to nic. Ci, którzy będą mogli skorzystać z tej ulgi, będą chociaż średni. Ale co mają myśleć, jak się czuć Ci, którzy ze względu na zbyt niskie dochody o uldze nawet nie mają co marzyć? Nie dość, że dochody są u nich takie jakie są, to jeszcze ktoś im mówi, że nie są nawet przeciętni.
Ufff… Całe szczęście, że wyrażenie to zawiera słowo „ulga”. Chociaż to daje jakąś… ulgę.
Naprawdę sytuacja jest niefajna.
Ja wiem, że jesteśmy różni. Każdy z nas jest inny, każdemu z nas inaczej ułożyło się życie. Jesteśmy inaczej wychowani, różnie wykształceni. Jedni wykonują prace proste, inni te bardziej złożone. Jedni mają większy majątek od innych. Mamy różne cele w życiu, żyjemy według różnych zasad, różne wartości nami kierują. I oczywiście mamy różne dochody.
Ale to wcale nie oznacza, że trzeba nas systemowo dzielić. Przecież każdy jest świadomy swojej sytuacji życiowej i doskonale wiemy, że nie ma pod tym względem między nami równości. Ale jesteśmy równi jako ludzie i niedobrze jest, gdy ktoś wkłada nas do jednej lub drugiej szufladki, jak mówi, że należymy do takiej czy innej klasy, albo że jesteśmy z Polski A czy Polski B. To naprawdę nie jest nam do niczego potrzebne i nie ułatwia nawiązywanie dobrych relacji między nami.
Zobaczcie, jak ważne jest, żeby w każdym aspekcie naszego życia używać słów pozytywnych, niosących dobrą energię, albo przynajmniej neutralnych. Przecież wystarczyło mówić o uldze dochodowej i wówczas jedyne co mogłoby nas zaboleć, to to, że na przykład nie mamy dochodów takich, jakie chcielibyśmy mieć. Ale wówczas użyte wyrażenie byłoby po prostu niezbędnym w danej dziedzinie i nie świadczyłoby o braku szacunku do ludzi, czy chociażby wczucia się w czyjąś sytuację.
Starajmy się wszyscy zważać na to, co mówimy, jak mówimy, jakich słów używamy. Język polski ma naprawdę mnóstwo synonimów. Wykorzystujmy je. Na nasze słowa naprawdę mamy wpływ. To nic nie kosztuje. Wymaga jedynie wrażliwości, czujności i wyobraźni.
Używajmy dobrych słów. Słów niosących dobrą energię. Uwierzmy, że wówczas świat będzie lepszy, czyli nam wszystkim będzie lepiej. A przecież cały czas o to nam chodzi.
Wspaniały wpis Joasiu. Ujęłaś w słowach to, o czym myślałam.
Propagujmy posługiwanie się dobrym słowem, niech ta idea się rozprzestrzenia. Mam nadzieję, że trafi do tych, którzy z racji pozycji czy stanowiska, przejmą ten dobry nawyk❤️
Ewuniu, dziękuję Ci bardzo. Tak, róbmy swoje. Propagujmy dobre słowo. Niech inni korzystają i naśladują.