Bywają takie dni, że mamy z moim mężem przeogromne pragnienie gdzieś się wyrwać. Tak na trochę. Na jeden dzień, nie dłużej. Zostawić wszystko i ruszyć przed siebie. Na łono natury, ale gdzieś trochę dalej niż nasz las.
Tak też było tym razem.
Najbardziej ciągnęło nas w góry. Ale z racji pogody, a głównie silnych wiatrów, które ostatnio nawiedzają Polskę, nasza wyprawa stała pod dużym znakiem zapytania.
Zresztą nie tylko pogoda mogła nam pokrzyżować plany, bo zapowiadało się, że możemy to zrobić sami sobie. Otóż im było bliżej wyjazdu, tym znajdowaliśmy coraz więcej przeszkód, żeby nie jechać. A to powinniśmy pójść do pracy. A to trzeba zająć się czymś w domu. A w zasadzie, czy warto jechać tak na jeden dzień? Bo przecież w drodze będziemy tyle samo czasu, co w górach. Wrócimy zmęczeni, a w domu moglibyśmy w spokoju wypocząć…
I tak na zmianę – to sprawdzaliśmy pogodę, to analizowaliśmy, czy możemy i czy warto.
W zasadzie w piątek wieczorem decyzja była na nie. Ale w sobotę, z samego rana, trochę zniesmaczeni tym, że chcieliśmy, ale ZNOWU nie wyszło, mój mąż rzucił okiem na prognozy wiatrowe. I co – pogoda nam sprzyjała.
Decyzja szybka – jedziemy! Teraz tylko odpowiedni ubiór, termos herbaty, bułki, trochę łakoci i można jechać.
W samochodzie cieplutko, delikatna muzyka, podcasty, spokojna jazda naprawdę dobrymi drogami, ja jak zwykle ululana przez bujający samochód… Po prostu sielanka… Można by tak jechać i jechać przed siebie. Nie zatrzymując się nigdzie.
Ale wiadomo – cel na dzisiaj to Strzecha Akademicka.
Pierwsze kroki. Pierwszy brak oddechu. Palenie w płucach. Dla nas ludzi z nizin, nieprzyzwyczajonych do pokonywania wzniesień, zbyt szybkie ruszenie wywołuje niezbyt przyjemne reakcje organizmu. Ale to chwila. Potem krok po kroku, coraz wyżej, kolejny zakręt, kolejny wspaniały widok, który się odsłania, kolejne OCH! i ACH! Drzewa pokryte czapami śniegu, uśmiechnięci ludzie z rumieńcami na twarzy, dzieciaki – jedne maszerujące na równi z innymi, inne pytające mamę „Kiedy dojdziemy? Przecież mówiłaś, że za chwilę”. Co pewien czas ktoś przystaje, żeby się napatrzeć, żeby zapamiętać. Człowiek się zastanawia, ile razy można się zachwycać tym samym widokiem? Okazuje się, że można. Chyba w nieskończoność.
Tak dotarliśmy na Polanę. Po jakiejś chwili kolejne WOW! Wyłoniła się góra nad Małym Stawem. Olbrzymia, pokryta śniegiem, prawie niewidoczna na tle nieba. Jest i Samotnia do połowy zatopiona w śniegu. Znalazł się i wiatr, który spowolnił nasz marsz. Na chwilę się zatrzymujemy, żeby znowu się napatrzeć, zachwycić, zapamiętać. Jeszcze kilkanaście minut, jeszcze trochę wyżej, jeszcze większy wiatr chce nas zdmuchnąć, ale się nie dajemy. Mimo niesprzyjających warunków, ludzi nie opuszcza humor. Zatrzymują nas turyści i pytają „Którędy na Krupówki?” Pomyślałam, że pewnie chodzi im o dolny Karpacz. Mój mąż za to konkretnie „Chyba sobie żartujecie?” „Tak, sprawdzamy, czy wam mózg jeszcze pracuje w tych warunkach”. Chwila rozmowy, śmiechu. Idziemy dalej. Tylko dlaczego ciągle pod wiatr? Dlaczego ten śnieg tak tnie po twarzy?
Wreszcie jest! Wyłoniła się z zamieci. Strzecha Akademicka. Nagroda dla wytrwałych.
A tam cieplutko. Gwarno. Pachnie kawą i bigosem. Ludzie są rumiani, uśmiechnięci, odprężeni. Małe dzieci zasypiają rodzicom na kolanach. Pijemy gorącą herbatę. Jemy bułki i drożdżówki. No i oczywiście… frytki. Nie mogłam się oprzeć. Przecież zasłużyłam, Szłam dzielnie. Nie marudziłam. Jakaś nagroda mi się należy. Obserwujemy innych. Rozmawiamy, by za chwilę posiedzieć w ciszy. Jak to wspaniała terapia dla zmęczonego organizmu.
Mija jakiś czas. Pora ruszać z powrotem. Wychodzimy ze schroniska. Wiatr sypie nam mroźnym śniegiem w oczy. Jeszcze chwila. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i dojdziemy do lasu. Tam jest spokojniej. Ale w międzyczasie zaliczam dwie wywrotki – wpadam w koleiny. Śmiech. Śmieje się też czteroletnie dziecko, któremu mama tłumaczy, że panią wiatr przewrócił. Jak to dziecko tutaj doszło? Jaka wytrwała i cierpliwa musi być mama. W końcu dochodzimy do lasu. Wiatr milknie. Śnieg nie sypie w oczy. Wraca się o wiele szybciej. Jakie to fajne uczucie, gdy schodzimy w dół, zmęczeni, ale świadomi, że zaraz będzie odpoczynek, a inni dopiero wchodzą. Zawsze trafi się ktoś, kto zapyta „Daleko jeszcze?” „Jeszcze kawałek. Ale na górze będzie nagroda. Dla tych widoków warto się trochę pomęczyć.” Wiem, łatwo się mówi. Ale taka jest prawda. Wysiłek wysiłkiem, a nagroda wspaniała.
To nie koniec wycieczki. Przecież czeka nas jeszcze dwugodzinna jazda. Wsiadamy znowu do cieplutkiego samochodu, włączamy muzykę, potem słuchamy mądrych ludzi. Lulanie samochodu, głowa opada to w dół, to na boki. Jak miło. Jak spokojnie. Można tak jechać i jechać…
Czy było warto? Naprawdę – było warto. Niepotrzebne to były dyskusje ze sobą, że praca, że dom, że długa droga, a mało faktycznego odpoczynku… Naprawdę? Mało odpoczęliśmy? Rzeczywiście można powiedzieć, że spędziliśmy tyle samo czasu w samochodzie, co chodząc po górach. Ale przecież czas spędzony w samochodzie był czasem naprawdę dobrze spożytkowanym. Niespieszna jazda, bez spięcia, że musimy być na czas, że musimy szybko. Kojąca muzyka. Słowa mądrych ludzi pokazujące lepsze życie. Słowa dające nadzieję.
W czasie tej naszej ośmiogodzinnej wycieczki dopieściliśmy swój organizm pod każdym względem. Zadbaliśmy o emocje, intelekt, ducha i oczywiście ciało. Kilka godzin marszu po górach pozwoliło dotlenić organizm, rozruszać wszystkie mięśnie. Koncentracja na każdym kroku, wysiłek fizyczny i przecudne widoki pozwoliły oderwać się od natłoku codziennych myśli, które bardzo męczą, nie dają wytchnienia. Odprężyliśmy się, zrelaksowaliśmy. I o to chodziło. Taki był cel.
I co dalej? Dalej jest postanowienie, że będziemy to robić częściej. Że nie będziemy szukać wymówek, tylko będziemy się cieszyć, że możemy sobie pozwolić na takie wyjazdy, że mieszkamy w takim miejscu, że w ciągu dwóch-trzech godzin możemy znaleźć się albo nad morzem, albo w górach. A ile wspaniałych terenów mamy całkiem blisko. Możliwości mamy naprawdę dużo. I będziemy z nich korzystać. Dla własnego zdrowia, dla lepszego samopoczucia.
A wiecie jak miło się pracuje, wiedząc, że za niedługo czekają nas wspaniałe chwile? Pewnie wiecie. Więc jeśli macie przeogromną ochotę zostawić wszystko i ruszyć przed siebie, to naprawdę, nie wahajcie się, zróbcie to.





