Jechaliśmy z Markiem rowerami. Jak zazwyczaj, widziałam przed sobą jego plecy. Wolę, jak Marek dyktuje tempo, co oznacza, że chcąc nie chcąc dostosowuje je do mnie. Czasami jednak zapomina, że jadę za nim i wtedy wiadomo, zostaję daleko w tyle. Ale nauczyłam się już tym nie przejmować i albo przyspieszam, żeby go dogonić, albo Marek mocno zwalnia. Marek często w takich sytuacjach mówi „Już jadę tak wolno. Wolniej już chyba nie można”, a ja mu na to odpowiadam „Można, naprawdę można”. Taka to już nasza gra… I tak sobie jechaliśmy, ja lekko zwolniłam, oglądałam mijane drzewa, kaczki i łabędzie pływające w rozlewiskach, co pewien czas zza drzew wyłaniało się morze. I w takim pięknym otoczeniu naszły mnie myśli, że jednak wolę spacery od jazdy rowerem. Podczas spaceru mam więcej możliwości na zatrzymanie, podziwianie przyrody, wsłuchanie się w to, co mnie otacza. Wszystko wtedy toczy się wolniej, a przecież o to mi chodzi. Z kolei wiem, że Marek woli jazdę rowerem. Lubi się zmęczyć, pokonać dłuższą trasę, dojechać tam, gdzie na pieszo nie byłoby nam łatwo dojść.
To, że każde z nas woli co innego, nie oznacza, że nie spędzamy wolnego czasu razem. Bo i Marek chodzi ze mną na spacery, i ja lubię jeździć z nim rowerem.
Czy to oznacza, że nie jesteśmy asertywni? Że nie dbamy o siebie, nie stawiamy granic? Że nie mówimy „nie” wtedy, gdy do końca nam coś nie pasuje? Bo przecież na moją propozycję spaceru Marek mógłby odpowiadać „Nie. Idę na rower”. Tak samo ja mogłabym bez zastanowienia nie zgodzić się, gdyby Marek proponował wycieczkę rowerową. A jednak mówimy sobie „tak” i …nadal jesteśmy asertywni.
Bo w asertywności nie tylko chodzi o mówienie „nie”. W asertywność jest również miejsce „tak”. Mówienie „tak” swoim pragnieniom, potrzebom, wartościom. To mówienie „tak” drugiemu człowiekowi.
Czasami zastanawiałam się, czy mogę powiedzieć, że dbam o siebie, jeśli na przykład bardziej ja dostosowuję się do terminu spotkania z koleżanką niż ona ze mną, czy jeśli zmieniam plany, bo dzieci chcą się ze mną spotkać, czy gdy nie wyrażam swojej opinii, która jest nie do końca zgodna z opinią rozmówcy. I jak to zwykle w życiu bywa, odpowiedź brzmi: „to zależy”. Jeśli ta moja zgoda wynika z mojego świadomego wyboru, jest podyktowana na przykład dobrym samopoczuciem innej osoby, jeśli ten mój wybór nie jest sprzeczny z moimi wartościami, to tak, takie zachowanie nie wyklucza dbania o moje dobro. Jeśli natomiast zgadzam się na to, co mi nie pasuje odruchowo, bez zastanowienia, albo co gorsze, bo tak wypada lub co chyba jeszcze gorsze jest sprzeczne z moimi wartościami, to wówczas na pewno nie jestem asertywna. Nie jestem też asertywna, gdy mimo, że moje zachowania podyktowane są miłością czy chociażby chęcią zachowaniem dobrych relacji i są moim wyborem, ale to moje „naginanie się” występuje zbyt często.
Z prawa i lewa słyszymy wskazówki, że żeby dbać o swój dobrostan, trzeba nauczyć się mówienia „nie”, trzeba nauczyć się stawiania granic. Tak jakby to spowodowało, że rozwiążą się nasze problemy, że poczujemy się pewniejsi. Może i tak na moment będzie. Może faktycznie doświadczymy jakiejś sprawczości, zwłaszcza wtedy, gdy zbyt często z opuszczoną głową, skulonymi ramionami mówimy „tak”, a nasza dusza w tym samym czasie krzyczy „nie, nie, nie…”. Wtedy też, zapewne za jakiś czas, nasze ciało też będzie krzyczało „nie, nie, nie…”.
A gdyby tak nie uczyć się zachowań asertywnych jako takich, a zadbać o poczucie własnej wartości? Gdyby tak poznać swoje potrzeby, swoje wartości, swoje pryncypia? Gdyby tak nauczyć się wybierać i decydować czy akurat w tym momencie chcę powiedzieć „tak”, czy może wolę powiedzieć „nie”? Gdyby tak po prostu pokochać siebie i iść za głosem swojego serca? Gdyby tak było, wtedy i nasze „nie” i nasze „tak” sprawiałoby, że czulibyśmy wewnętrzny spokój, czulibyśmy, że naprawdę szanujemy siebie.
To, jak my będziemy traktować siebie, sprawi, że tak samo będą nas traktować inni. Będą nas szanować, nie będę naruszać naszych granic, będą z radością przyjmować nasze „tak” i ze zrozumieniem akceptować nasze „nie”.
Minął tydzień, a ja znowu widzę przed sobą Marka plecy. Minął tydzień, w którym kilka razy byliśmy razem na spacerze, a Marek był też na samotnej wyprawie rowerowej. Minął tydzień, w którym z miłością mówiliśmy sobie „tak” i ze zrozumieniem przyjmowaliśmy „nie”.