Oderwij się!

Byłam jak kula gradowa. Jak bomba z tykającym zapłonem, Jak dynamit z zapalonym lontem. Jeszcze chwila, a mogłabym wybuchnąć. Ktoś powie, że powinnam wybuchnąć, bo to dla zdrowia. Bo przecież trzeba wyrażać swoje emocje. Nie można przecież w sobie tłumić niedobrej energii, łez, czy ciągle zaciskać szczęki. A ja powiem, że na pewno, to nie powinnam do takiej sytuacji doprowadzić. Bo to nie stało się nagle, tylko z dnia na dzień nawarstwiało. Powinnam już wcześniej, jak czułam, że nie dzieje się dobrze, zareagować, coś zrobić, skorzystać z moich narzędzi pierwszej pomocy, a nie tylko podsycać mój gniew, żal, złość. Bo podsycałam. Bo czasami dochodziło do lekkich wybuchów przepowiadających. Bo wypowiadałam te słynne: dlaczego ja, co zrobiłam nie tak, że się teraz tak męczę, że nie tak miało być, że inni to mają lepiej, że wybrałam na początku swojej drogi nie tak jak powinnam, …

A wszystko przez pracę. Przez ogromny natłok pracy, który powodował pewnego rodzaju bezsilność. Oczywiście powiedzieć „przez pracę” jest dużym uproszczeniem. Bo co praca jest winna? Nie jest winna. Taki był mój wybór. Tak było zawsze, że przełom roku, a w zasadzie do wiosny, mam mnóstwo pracy. Więc albo się z tym godzę i staram się wypracować jakiś zdrowy dla mnie sposób działania czy reagowania na kryzysy, albo zmieniam zawód. 

W każdym razie nie czułam się dobrze, a jedyną nadzieją na poprawę nastroju był zaplanowany wyjazd do Kołobrzegu. Chociaż powiem szczerze, nie byłam pewna, czy coś ten wyjazd da. No bo przecież praca nie zając, nie ucieknie. Nikt za mnie jej nie wykona, więc jak wrócę, to okaże się, że dalej jest to samo. Ale hotel zarezerwowany, więc pojechaliśmy.

I co? I zaczęło puszczać.

Już dzień wcześniej, po pracy, poszliśmy na długi spacer do lasu, na którym ustaliliśmy, że postaramy się nie narzekać na naszą pracę. I już trochę puściło. Potem kolejnego dnia, podczas podróży, mieliśmy czas na spokojną rozmowę, na plany. I puściło więcej. No i w końcu morze… Spacer jego brzegiem, wiatr, szum fal, mewy, ludzie opatuleni, ale uśmiechnięci… I my z uśmiechem od ucha do ucha. I nie dlatego, że szliśmy pod wiatr, który tak nam ułożył usta. I nie dlatego, że raz się uśmiechnęliśmy i nam ten uśmiech przymroziło. Nie, nic z tych rzeczy. My po prostu szliśmy radośni, uśmiechnięci i co chwilę wykrzykujący „Czemu wcześniej tutaj nie przyjeżdżaliśmy zimą?”. Nasza radość nie ustępowała, była autentyczna i niezmącona myślami, że przecież jutro ta przyjemność się skończy.

Tak, bo nasz wyjazd był krótki. To były tylko dwa dni, ale dla nas to były aż dwa dni, które pozwoliły nam oderwać się od naszej codzienności, od zwykłych obowiązków, od konieczności robienia wszystkiego na czas. Mogliśmy decydować, co w danej chwili robimy, by w kolejnej chwili zmienić swoje plany. Mogliśmy nabrać dystansu do tego, co jest naszą codziennością. Mogliśmy dać umysłowi odpocząć. Mogliśmy inaczej spojrzeć na życie.

Czasami życie stawia przed nami wyzwania. Niekiedy są one delikatne, innym razem tak poważne, że nie wiemy, czy im podołamy. Uwierzcie, nigdy nie jest tak, że nasze życie będzie pasmem radości, sukcesów. Nigdy nie będzie tak, że będziemy stąpać po drodze usłanej samymi płatkami róż, bo przecież stąpamy po drodze usłanej różami, czyli trafiają się na niej również kolce. Warto więc być czujnym, żeby odpowiednio szybko reagować. Warto jest dbać o swój stan na co dzień, żeby w chwilach trudniejszych mieć siłę iść przez życie. Warto mieć swoje narzędzia, które sprawiają, że w każdym momencie możemy o siebie zadbać. Warto jest stworzyć swoją listę pierwszej pomocy na wypadek większych wyzwań, jakie stawia przed nami los. A co ma być na takiej liście? Nie wiem, co ma być na Twojej, bo każdy tworzy ją dla siebie. Wiem natomiast, co jest na mojej liście pierwszej pomocy na wypadek kryzysów nastrojowych: spacer na łonie przyrody, lekki film, fajna książka, rozmowa z kimś życzliwym, coś dobrego do zjedzenia, wygodny strój, spokojna muzyka, oddanie się swojemu hobby i oczywiście odrywający mnie od codzienności wyjazd.  Ale najważniejsze na mojej liście to nienarzekanie, niewałkowanie w kółko tego samego, jak to mamy źle, jak inni mają dobrze, jak zmarnowaliśmy sobie życie, itp., itd. Warto to wszystko sobie spisać, jeśli jeszcze nie jesteśmy wprawieni w odruchowe reagowanie. Możemy na niej sprawdzić, co sobie zapisaliśmy, co nam kiedyś pomogło i… działamy. Listę oczywiście cały czas poszerzamy o nowe złote środki, uzupełniamy o filmy, książki czy muzykę, do której warto wrócić. Spoglądamy na nią i… odrywamy się od naszych zmartwień. Ale też pamiętajmy o stosowaniu tych naszych złotych narzędzi na co dzień, żeby pięknie, radośnie i spokojnie żyć, bez względu na to, co nam się w życiu przydarza.

2 thoughts on “Oderwij się!

  1. Joasiu, dziękuję za podzielenie się wcale niełatwymi doświadczeniami.
    Życie nas sprawdza, ale też umożliwia naukę i wyciąganie wniosków – żeby uczyć się słuchać siebie i nieustannie wracać do siebie.
    Skupiać się na tym co dla nas naprawdę ważne i nie dac się ściągnąć z właściwej ścieżki, a nie zawsze wiadomo, która jest właściwa
    Dlatego tak ważne jest wsłuchanie się w siebie i odpuszczanie
    Taki wyjazd, czy inny sposób oderwania się od codziennych obowiązków umożliwia większą łączność ze sobą.
    I warto jak najczęściej to robić ♥️

    1. Słuchanie siebie i niezostawianie siebie w potrzebie, tylko czułe zajęcie się sobą, to podstawa dobrego życia, to podstawa miłości do siebie. Kiedyś wydawało mi się, że mogę zająć się sobą, zregenerować się we własnym domu. Ale to nie zawsze pomaga, bo dom domaga się swojej uwagi, której najczęściej nie potrafimy mu odmówić. I wtedy brakuje tej jakże potrzebnej przestrzeni dla samej siebie. A taki wyjazd, choćby króciutki, choćby jednodniowy, sprawia, że to my jesteśmy najważniejsi.♥️

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *