Mogę powiedzieć, że moje marzenie się spełniło – powiedziałam uradowana do męża, gdy schodziliśmy z Wysokiego Kamienia. A dlaczego się spełniło? – zapytał się Marek. Bo tak naprawdę, to Ty spełniłeś moje marzenie – odpowiedziałam.
I tak faktycznie było. Któregoś dnia powiedziałam do Marka, że chciałabym pojechać w góry i zobaczyć tam wschód słońca. Innym razem wspomniałam, że chciałabym, żebyśmy przeszli się w górach wzdłuż potoku, tak jak chodziliśmy po Bieszczadach. Ale Bieszczady tak daleko…
Mojemu mężowi nie trzeba dwa razy powtarzać. I tak jakiś czas później jechaliśmy w Karkonosze, a Marek miał przygotowane plany wędrówek.
Tym razem nie zależało nam w ogóle na tym, żeby „zaliczać” szczyty. Zresztą nie zależy nam na tym już od dawna. Chodziło nam o spokojne wędrówki, o zatrzymania, o zachwyty. O chłonięcie każdą komórką organizmu wszystkie cuda, które napotykaliśmy na swojej trasie. O wdychanie rześkiego, czystego powietrza, nasyconego zapachami kwiatów, trawy, liści, czasami wilgoci, a czasami suszy. O wsłuchiwanie się w odgłosy natury – w śpiew ptaków, bzyczenie owadów, szum wiatru, rechot żab, plusk wody rozbijającej się o kamienie. O powolne podchodzenie pod górę, wsłuchując się w możliwości naszych organizmów. O odpoczynek, gdzieś w pięknym miejscu, z widokiem na nieskażoną cywilizacją naturę.
To był piękny czas odpoczynku. Czas pięknego kontaktu z naturą i ze sobą. Czas, w którym było słońce, ale był też chłodny wiatr. Były trasy całkiem płaskie, ale były też bardziej wymagające. Były trasy krótkie, ale były też i dużo dłuższe. Było zmęczenie, ale było też wsłuchiwanie się w siebie, na ile tego zmęczenia chcemy na siebie przyjąć. I oczywiście był też relaks dla ciała i głowy. I było wielkie zadowolenie ze spełnionego marzenia.
Ktoś może zapytać – to jak w końcu było z twoim marzeniem? Spełniłaś je, czy ono się spełniło? Bo przecież teraz toczy się dyskusja, między tymi, którzy uważają, że marzenia się spełniają, a tymi, którzy twierdzą, że marzenia się spełnia. Czujecie ten drobny słowny niuans?
A czy nie może być tak, że tworząc nasze marzenia otwieramy się na możliwość ich spełniania i jednocześnie swoim działaniem spełniamy je? Jaka wtedy jest większa możliwość realizacji tych naszych marzeń. Spójrzcie na przykład mojego wschodu słońca – poinformowałam Wszechświat, że marzę, żeby obserwować wschodzące słońce w górach. W pobliżu był akurat mój mąż, który o tym moim marzeniu usłyszał i je spełnił. Czyli moje marzenie się spełniło. Ale z drugiej strony, żeby zobaczyć ten piękny wschód słońca, przygotowaliśmy się, pojechaliśmy w określone miejsce, wstaliśmy bardzo wcześnie rano, przeszliśmy prawie godzinną trasę pod górkę na Wysoki Kamień i dzięki temu mogliśmy zachwycać się brzaskiem i wschodem słońca. Czyli spełniliśmy marzenie.
W tym spełnianiu się i spełnianiu go jest drobny, wydaje się niewiele znaczący, niuans słowny. A tak naprawdę chodzi o to, żeby marzeniom, oprócz faktycznego działania umożliwiającego jego realizację, dać dodatkową furtkę w postaci otwarcia się na możliwość, że te marzenia spełnią się bez naszego większego udziału, albo z naszym udziałem, ale przy pomocy jakiegoś Anioła zesłanego przez Wszechświat, albo przy pomocy dobrego zbiegu okoliczności zorganizowanego przez Wszechświat.
Och, może Wam troszkę namieszałam. Ale chciałam Was przekonać, żeby nie bronić się przed możliwością, że marzenie może się spełnić zarówno samo jak i z naszym udziałem.
Niech nasze marzenia się spełniają, a my spełniajmy je naszym zaangażowaniem.







W naturze jakoś najbliżej do siebie:) piękny wschód słońca.