– Ale przecież mnie i tak nikt nie słucha – powiedziałam podniesionym tonem. Marek i Maciek spojrzeli na mnie zaskoczeni.
– No tak. Mogę mówić swoje, a wy i tak zrobicie swoje – dodałam broniąc swojego zdania.
Na drugi dzień poszliśmy z Markiem na spacer. Marek delikatnie nawiązał do mojego wczorajszego „wystąpienia”:
– Wiesz, jak tak mówisz, to Maciek może poczuć się w obowiązku posłuchania ciebie.
– Ooo, odezwał się ten, który ze spokojem zakończył dyskusję – skomentowałam lekko uszczypliwie, ale zaczęłam się mętnie tłumaczyć.
Z Markiem często śmiejemy się, że nie mamy siły perswazji, że nikt nie wciela w życie naszych „dobrych” rad. A przecież dajemy je z dobroci serca, z chęci zaoszczędzenia komuś potyczek na swojej drodze. Bo przecież my już to przeszliśmy i wiemy…
No właśnie. Ale czy to, że wiemy, upoważnia nas do dawania komuś rad? Czy mimo, że rady te płyną z miłości czy sympatii, możemy je swobodnie przekazywać na prawo czy lewo, nie pytając, czy ktokolwiek chce tych naszych rad słuchać?
Nie jest łatwo powstrzymywać się od wypowiedzenia własnej opinii, dania „dobrej” rady, którą zazwyczaj uważamy za najlepsze rozwiązanie. Tak jakoś mamy w naturze, że nawet jeśli słuchamy czyiś pomysłów na daną sprawę, to tak naprawdę robimy to z grzeczności, a najchętniej od razu podalibyśmy mu złoty środek. Nasz złoty środek. A jak ktoś nie chce z tego skorzystać, to się bardzo dziwimy mówiąc „Co on ma za pomysły? Ja bym w życiu tak nie zrobił!”
No właśnie. Ty byś w życiu tak nie zrobił, bo ty masz swoje życie, a ktoś ma swoje. Ty widzisz jakiś fragment czyjegoś życia i to widzisz z własnej perspektywy, a ten ktoś widzi to swoje życie całkiem inaczej. Ten ktoś woli próbować, brać lekcje od życia i cieszyć się z własnych doświadczeń. Woli się potykać, ale wie, że te potknięcia nauczą go stabilnie chodzić. A jak wybierze dobrze, to jaką wielką ma wtedy radość, że to on, on sam się na to zdecydował. I my nie możemy nikomu ani tych życiowych lekcji, ani tych wielkich radości, odbierać.
Są jednak sytuacje, kiedy ktoś poprosi nas o radę. Co wtedy? Wtedy dzielimy się swoim zdaniem. Próbujemy pomóc, czy podsunąć pomysł. Nie możemy jednak oczekiwać, a tym bardziej wymuszać, żeby osoba pytająca właśnie nasz pomysł na życie przyjęła jako ten jedyny słuszny.
Mnie jednak w tej naszej rodzinnej sytuacji zastanowiła jedna sprawa. Dlaczego zdarza się, że ja podsuwam pomysł, a decyzje, które nas dotyczą, są podejmowane inne. I co najlepsze, bywa tak, że to ja miałam rację, co zresztą moja rodzina zauważa. Po namyśle doszłam do wniosku, że w takich sytuacjach ja po prostu nie bronię swoich racji. Czuję, co podpowiada mi serce, ale tego nie bronię. Odpuszczam sobie. Czyżby mi nie zależało? A może nie chcę przyjąć odpowiedzialności, bo przecież zawsze może coś nie wyjść, może się okazać, że ten mój wybór nie jest najlepszy. I że wyszło niefajnie. Możliwe nawet, że ze szkodą nie tylko dla mnie. A to już nie jest łatwe do zaakceptowania. A tak, nie moja decyzja nie mój kłopot…
Nigdy nie wiemy, czy moja, czy twoja decyzja okaże się dobra. Dowiemy się o tym po fakcie. A nawet powiedziałabym, że ten wybór może na pierwszy rzut oka okazać się super wyborem, a w dłuższej perspektywie już takim nie będzie. Może też oczywiście być odwrotnie.
Nie da się żyć bez podejmowania decyzji. Życie jest ciągłym wyborem. A najpiękniejsze w życiu jest to, że mamy tę możliwość – możliwość wyboru. Im częściej będziemy sami dokonywać wyborów, nawet korzystając z czyiś rad, tym będziemy coraz bardziej czuli, że nasze życie jest naprawdę nasze. I nawet, gdy coś nam nie wyjdzie, to przyjmujemy tę lekcję z pokorą i z nadzieją, że każda z tych lekcji nauczy nas jak pięknie i pewnie iść przez swoje życie.