Nicnierobienie

„Na tapczanie siedzi leń, nic nie robi cały dzień…” Znasz ten wierszyk Jana Brzechwy? Jestem pewna, że znasz. Leń tłumaczył się, że przecież on tak wiele robi, cały czas coś robi. I ma rację. Każdy z nas cały czas „coś” robi. Chociażby nasz organizm, a tym samym my, pracuje cały czas: oddycha, przetacza krew, trawi, filtruje… A nasze ciało? Też cały czas coś robi: oprócz funkcji fizjologicznych, siedzimy, chodzimy, leżymy… No przecież cały czas „coś” robimy. To jak to jest z tym „nicnierobieniem”, które tak bardzo jest nam w życiu potrzebne?

Już sam dziwny konstrukt tego słowa, czy nawet zwrotu „nie robię nic”, czyli przeczenie do „nic”, oznacza „robię coś”, wskazuje, że nie możemy „nic” nie robić. Ale sens „nicnierobienia” jest inny. Oznacza robienie czegoś, co nas fizycznie i psychicznie zrelaksuje, co pozwoli nam wypocząć. Czyli jest to świadome zadbanie o nasze ciało, o nasz umysł i o naszą duszę. Jest to nam niezwykle potrzebne, żeby dobrze funkcjonować w życiu, żeby odnawiać naszą energię życiową i gromadzić ją do dalszego funkcjonowania. Nicnierobienie wymaga zatrzymania, wymaga naszej świadomości i uważności. Bez tego działamy na autopilocie, często ponad swoje siły, wyczerpując nasze baterie prawie do zera. A wtedy zregenerować się jest o wiele trudniej i wymaga to dużo więcej czasu.

Ostatnio miałam kilka dni wolnego i postanowiłam sprawdzić, czy faktycznie można robić nic. I oczywiście doszłam do wniosku, że nie można, o czym pisałam wcześniej. Zaczęłam więc świadomie wybierać to, co miało służyć mojemu relaksowi, regeneracji i wypoczynkowi. Czasami trochę poleżałam patrząc w niebo, codziennie spacerowałam wzdłuż morza, ale nie za dużo, co wcześniej było dla mnie normą, codziennie rano gimnastykowałam się na plaży, żeby powiedzieć ciału „dzień dobry”, było trochę przejażdżek rowerowych, była sauna, była zapalona świeczka, kwiaty na stoliku, było dobre jedzenie, była dobra książka i oczywiście najlepsze towarzystwo, jakie można sobie wymarzyć. Było wszystko to, co mi służyło i w takiej ilości, żeby nie zmęczyło. I faktycznie, po tych kilku dniach, poczułam się wypoczęta. Ten świadomie wykorzystany czas dał wytchnienie mojemu ciału i mojej psychice. Po takim czasie mogłam wejść w codzienność z radością i ciekawością.

Na moje praktykowanie nicnierobienia wybrałam konkretny czas. Miałam dni wolne, w czasie których mogłam doświadczać tej cudowności. Ale oprócz takich dłuższych okresów nicnierobienia, potrzebny jest nam taki czas na co dzień.  Potrzebujemy chwili samotności, ciszy, krótkiej medytacji czy spaceru wśród zieleni, co uwolni nasz umysł i da mu nową przestrzeń do twórczego myślenia. Potrzebujemy trochę korzystnego ruchu dla ciała. Potrzebujemy zrobić coś, co daje nam przyjemność. To wszystko co chcemy czy czujemy, że potrzebujemy, a nie że musimy. Chociaż, tak teraz pomyślałam, że tak, że właśnie musimy zadbać o to, żeby każdego dnia dać sobie czas dla siebie. Czas, w którym z czułością i wrażliwością zajmiemy się sobą.

Czy czas dla siebie jest czasem lenistwa? Oczywiście, że nie. Być leniem czy lenić się, to unikać pracy, obowiązków, unikać odpowiedzialności za własne życie. Nie jest to dobre określenie dla kogoś, kto dba o siebie, żeby móc dobrze i efektywnie żyć. To tak, jakbyśmy uważali, że naostrzenie noża do krojenia chleba jest czasem straconym, a nóż, który trzeba systematycznie ostrzyć jest jakiś felerny. Ani nóż, ani my, nie jesteśmy felerni. Dbanie o dobry stan zarówno noża jak i siebie, to wyraz odpowiedzialności za dobrą jakość życia.

A Leń? Jak to z tym Leniem było? No właśnie Leń przez swoje lenistwo zaniedbał wszystko inne, co było ważne w jego życiu. Nie używajmy więc nicnierobienia w nadmiarze, niech nie będzie ono naszą wymówką przed codziennym życiem, niech nie stanie się lenistwem, bo przecież wszystko, co w nadmiarze może zaszkodzić.

Pozdrawiam Cię z wdzięcznością za czas, który mi poświęciłaś
Asia




Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *