Dlaczego tego nie robisz?

Dlaczego tego nie robisz? – zapytała zdziwiona dziewczynka na wrotkach. Marty Anderson nie  odpowiedział. Bo co odpowiedzieć dziecku, które dziwi się, że zostawiliśmy za sobą to, co kiedyś lubiliśmy robić, czy to, jacy naturalnie byliśmy. 

To pytanie zostało we mnie na dłużej. Zaczęłam się nad nim zastanawiać, przypominać sobie o tym, co lubiłam robić, a czego nie robię teraz. Zastanawiałam się dlaczego tak jest, jakie są tego powody. Czy jest mi z tym dobrze, czy może nie za bardzo. A może po prostu mogłoby być lepiej, gdybym nie zrezygnowała z tego, co kiedyś sprawiało mi wielką radość.

Będąc małą dziewczynka, a nawet tą starszą, lubiłam wszelkie zabawy na powietrzu. A to skakanie na skakance czy w lince, gra w gumę, kręcenie hula hop, klasy, berek, zabawa w chowanego, wszelkiego rodzaju gimnastyka, jazda na rowerze… Wiele było tych zabaw na podwórku, które sprawiały mi wielką przyjemność. Ale była też w ciągłym pogotowiu wyobraźnia, która podpowiadała, żeby pobawić się w sklep, rodzinę, szkołę… Było zarywanie dni i nocy na czytaniu książek.

A teraz? Teraz to zastanawiam się nad tym pytaniem. Dlaczego tego nie robię? Czy na pewno chciałabym grać w gumę czy klasy? Czy chciałabym skakać na skakance? Gdzieś z typu głowy jest odpowiedź twierdząca, że tak, że gdybym się trochę rozkręciła i gdybym znalazła grupkę pań młodych, tak jak ja, które też by chciały grupowo się pobawić, to z chęcią bym spróbowała. Ale czy dałoby mi to tak wielką radość jak kiedyś? Nie wiem. Może byłaby to tylko próba, ale tak naprawdę, mogłoby się okazać, że moje dzisiejsze potrzeby już są całkiem inne.

Zmieniamy się. Zmieniają się nasze zainteresowania, ale też i możliwości fizyczne. Nie wszystko moglibyśmy robić, tak jak kiedyś. Ale też i normalne jest, że przychodzi czas pożegnania się z jednymi pasjami i zastępowanie ich innymi. Część jednak z naszych zamiłowań zostaje. Bo przecież ilu dorosłych ludzi nadal jeździ na rowerze, na rolkach, pływa, biega, jeździ na łyżwach czy nartach. Ilu czyta książki. Pytanie jednak jest takie, czy robimy to z tak wielką ochotą, jak robiliśmy to kiedyś? Czy jesteśmy w to tak samo na sto procent zaangażowani? Czy sprawia nam to autentyczną radość? Często bowiem robimy coś, co jest społecznie akceptowalne lub wręcz wymagane. Dostosowujemy się narzucanym wzorcom. Robimy coś, bo tak wypada, albo według dostępnej wiedzy, tak trzeba. 

Ale w tym pytaniu „Dlaczego tego nie robisz?” jest jeszcze drugie dno. Dno, do którego warto dotrzeć. Pytanie nie tylko dotyczy przyjemności czy zabaw, których zaznawaliśmy kiedyś, a z biegiem czasu z nich zrezygnowaliśmy. Pytanie dotyczy też dziecięcych zachowań czy reakcji, których często już w nas nie ma. 

Dzieci są naturalne, szczere, spontaniczne. Z ciekawością podchodzą do świata. Nie mają oporów, żeby zadawać pytanie, jeśli ich coś zainteresuje lub czegoś nie wiedzą. Szczerze mówią też, co myślą. Nie zastanawiają się, jak ktoś ich oceni. Są wypełnione radością, ale kiedy czują w sobie smutek lub niewygodę, płaczą bez wstydu. Proszą o to, czego chcą czy potrzebują. Wierzą, że świat jest im przychylny i że oni sobie w tym świecie poradzą. A jak nie dają rady, to proszą o pomoc. W dzieciach to wszystko jest naturalne. Do czasu aż… zaczynają dorastać i zauważają, że życie narzuca wzorce zachowań czy konwenanse. Słyszą co wypada, a co nie. I powoli, z chwili na chwilę, to co było piękne i naturalne, zaczyna być tłumione, aż może (ale nie musi), z czasem całkiem wygasnąć.

Może powiesz, że jesteś dorosła, że nie będziesz bez oporów mówić, co myślisz, nie będziesz płakać, gdy jest Ci źle, ale też nie będziesz śmiać się „jak głupia do sera”. Bo przecież nie jesteś dzieckiem i to co dziecku wypada, nie wypada już dorosłym. No właśnie „nie wypada”. Ale zwróć uwagę, że Twoja, czy nasza dorosłość, dała nam też wiele wspaniałych możliwości. Bo dlaczego nie powiedzieć komuś szczerze tego, co myślisz nie raniąc go, bo przecież Ty dorosła już potrafisz to zrobić? Dlaczego nie zapłakać wtedy, gdy coś cię bardzo poruszy, bo przecież umiesz już regulować swoje emocje i nie będzie to rozhisteryzowany płacz z błahych powodów (a swoją drogą – błahych dla kogo?)? Dlaczego nie śmiać się „jak głupia do sera”, gdy coś naprawdę Cię śmieszy i nie jest to śmiech krzywdzący innych? Dlaczego nie zadać otwarcie pytania, gdy coś cię interesuje lub chcesz coś lepiej zrozumieć, nie mając w głowie myśli, że przecież to wstyd? Dlaczego nie być jak dziecko, z tym wszystkim co dała nam dojrzałość?

Nie bójmy się być jak dzieci, bo to wcale nie oznacza kalki dziecięcych zachowań. Oznacza za to więcej radości, otwartości, szczerości, zaspokajania ciekawości. Oznacza więcej luzu i przyjemności z życia. Oznacza korzystanie z tego wszystkiego, co mamy w sobie, bez obawy o ocenianie. Oznacza życie pełnią życia.

Życzę nam radości z ponownego odkrywania tego, co w nas jest
Asia


PS Scena, która mnie zatrzymała, to scena z filmu „Życie Chucka” na podstawie opowiadania Stephena Kinga. Polecam.









Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *